Róża i buldożer

Byłam łąką pełną kaczeńców, stokrotek a między moimi bujnymi trawami chabry całowały się z makami. Jednocześnie, niebo błękitne nade mną i inne takie cudowności spokojne. Biedronki i chrabąszcze zawsze miały co u mnie jeść i takie napasione stawały się łatwym łupem żab i innych robalopredatorów.

Potem przylatywały bociany i piękne różowe flamingi, bo taką fajną łąką byłam i napychały się aż do wypęku dziobów.

A potem spacerowały, brodząc w rozkosznych podmokłościach, zbyt ociężałe, żeby choć poderwać się do lotu. Zazwyczaj świeciło nade mną słońce, bo tak akurat do fotosyntezy, nie jakoś przesadnie. Zdarzały się umiarkowane opady, a nawet sporadyczne gradobicia, które nie zakłócały mojego życia. I jakoś się żyło w tym spokojnym poczuciu wygodnej stagnacji, aż któregoś ranka pojawił się buldożer. Wyjechał z lasu cicho, czając się jak wielki żółty tygrys z czerwonymi oczami i przepełniony żądzą mordu. Łąka zamarła w tej nienormalnej ciszy i nikt nie zdążył uciec. Spłynęła krwią flamingów, zasnuta parującymi flakami żab i zbezczeszczonymi stokrotkami, więc została szara, skołtuniona ziemia gęsto zasmarowana smrodem rozkładu.

A buldożer? No cóż… zniszczył, bo mógł.

Bo chciał. Bo był agresywnym narzędziem kapryśnego losu, a ja łatwą ofiarą, która w całej swojej naiwności nie zdawała sobie sprawy z tego, że od dawna jest na prostej drodze do paszczy lwa. I żyłam w długoletnim przeświadczeniu, że ten piękny pachnący żywicą las, który otaczał mnie z każdej strony, ochroni mnie w jakiś zaczarowany sposób. A tu bęc! Buldożer przeflancował piękne sosny, powyrywał je z korzeniami, połamał gałęzie, wyrzucił ptaki z gniazd i rozpruł wiewiórkom brzuszki. Sarnom połamał nogi, dziki zakopał w ziemi, gdzie dogorywały na wpół uduszone. Nastała straszna, niepokojąca cisza. Kiedy buldożer omiótł światłami ogrom rozsianych przez siebie zniszczeń i w końcu odjechał, zaczął padać śnieg w środku lata. Zmroził ugór, który tak niedawno był piękną łąką, zamieniając ją w brudnoszary, nieprzyjazny, martwy połeć ziemi.

Mijały miesiące.

Śnieg zaczął topnieć ulegając przebijającemu się przez kłąb chmur słońcu, aż ukazało się w całej krasie, a ziemia zaczęła krzyczeć i palić się i kruszyć i błagać o kroplę wody. Deszcz omijał tą nieszczęśliwą krainę szerokim łukiem. I pewnie odór porażki i obezwładniające poczucie strachu zaczęłyby rozprzestrzeniać się na całą okolicę, gdyby nie wielki zbłąkany ptak, który przelatując tamtędy niechcący rozluźnił zwieracze i ochrzcił swoim wielkim zbłąkanym gównem spękaną ziemię. Po kilku tygodniach w miejscu, na które spadło ptasie guano, w głębokiej szczelinie pojawił się nieśmiały bladozielony listek.

Wzbijał się w górę, wbrew palącemu słońcu i suchym wiatrom.

Piął się niezłomnie czerpiąc energię, o ironio, z gówna! I rósł potężny, pałający chęcią zemsty, ziejący nienawiścią. Błyskawiczna rewolucja dorastania uzbroiła go w kolce, giętkie gałęzie i mocne korzenie aż stał się krwistoczerwoną różą. Różą, która złapałaby buldożer, wywinęłaby nim młynka i wysłała w inny wymiar.

Buldożer niszcząc dał nowe życie. Za jakiś czas róża zapewne będzie mu wdzięczna.

autor: Magdalena Czmochowska

2.50 avg. rating (65% score) - 2 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares