Uczę się pocieszać i tulić swoje wewnętrzne dziecko – Magdalena Czmochowska

Magdalena Czmochowska – autorka „Cholernej książki” i współtwórczyni „Dziennika dobrego życia”, cyniczna romantyczka. W „Dzienniku…” przeczytacie jej list o tym, dlaczego smutek jest taki ważny.

Jakie emocje są dla Ciebie najtrudniejsze i w jaki sposób starasz się je przepracować?

Każda emocja, którą potocznie uważa się za złą i niepotrzebną wymaga jako takiego okiełznania. Nie oznacza to, że należy zepchnąć ją do narożnika, a raczej to, żeby nie dać jej się zdominować. Ostatnio dopadł mnie emocjonalny kryzys, nie ukrywam, i tyle jest we mnie złości, tyle smutku… Nie zawsze umiem sobie z nimi poradzić. Moja praca nad emocjami jest skrajna. Bo czasami milczę, jakby ktoś mi usta zakleił, a czasami wyrzucam je z siebie „z siłą wodospadu”. Na szczęście wyrzucam do zeszytu, czy pliku tekstowego, albo „wygaduję” się na messengerze. Wtedy rzucam mięsem i używam wielu wykrzykników; to mi daje ogromną ulgę

Jakie są Twoje ulubione smutne filmy?

Hmm… jest ich kilka. Bardzo płakałam po obejrzeniu filmu dokumentalnego „Pearl Jam TWENTY”, choć przecież on wcale nie jest smutny. Jednakże łzy, które puchły mi wtedy w gardle były jednocześnie palące i oczyszczające. Ryczałam z tęsknoty za wspomnieniami, za czasami, kiedy moja rzeczywistość była taka dobra i beztroska. Płaczę podczas oglądania „Zielonej mili”, „Zwierząt nocy” i „Mostów Madison County”. Wzrusza mnie scena finałowa z „Dirty dancing” i nic na to nie poradzę. Za każdym razem to takie małe umieranko.

Czy potrafisz swój smutek przyjmować z otwartymi ramionami? Co, jeśli trwa on zbyt długo?

Smutek jest ze mną zrośnięty. Jesteśmy jak bliźnięta syjamskie. Kocham go na swój sposób, choć czasami nie cierpię z całego serca. Jednak zawsze przyjmuję go z pokorą, bo pojawia się wtedy, kiedy uznaje, że jest mi potrzebny. W smutku, który przyczepia się na zbyt długo i nie chce odpuścić, tkwi ogromne niebezpieczeństwo. Przynajmniej dla mnie, bo mam tendencje do „wpadania w dołki”. Taki długotrwały smutek łatwo przeistacza się w bolesną melancholię. A od niej już o krok od pogrążenia się w depresji, która wysysa z człowieka chęć do życia.

Jakie emocje są Ci ostatnio najbliższe? Jak każdą z nich się opiekujesz?

Wspominałam już o złości, tak? O dziwo wcale nie chcę, żeby była mi najbliższa, więc zastępuję ją obojętnością. Tak jest chyba lepiej i dla mnie i dla otoczenia. Złość bywa zbyt destrukcyjna. Choć obojętność też, bo znieczula, wyjaławia. Szukam zatem radości, gdzie tylko się da. Ostatnio radość jest tylko jak promyki słońca odbite w lusterku, ale to zawsze coś. Radością tak przyjemnie jest się opiekować! Można przemawiać do niej czule, częstować dobrymi kąskami, a ona zawsze się odwdzięczy. Mało tego; będzie chciała przychodzić coraz częściej!

Co sprawia, że się uśmiechasz?

Lubię czarny, sardoniczny humor. A taki przejawiam zarówno ja, jak i moi synowie. Po kilkunastu minutach rozmowy z nimi potrafię nie tylko się uśmiechać, ale wręcz rżę jak koń. Uśmiecham się za każdym razem, kiedy czytam pochwały na temat „Cholernej książki”, bo wtedy naprawdę czuję, że to, co robię, ma sens. Poza tym szczerze uwielbiam brytyjskie komedie romantyczne, są słodkie. Do (u)śmiechu doprowadzają mnie niektóre seriale na Netflixie; szczególnie polecam „Santa Clarita Diet”, choć ostrzegam – humor jest nieco proletariacki, wyłącznie dla „koneserów”.

Co zrobić, żeby smutek oczyszczał, a nie prowadził do destrukcji?

Dotychczas pozwalałam, żeby smutek opływał mnie całkowicie. Korzystał z tego skwapliwie i zbyt często ciągnął mnie na dno. Całkiem niedawno jedna niezwykle mądra kobieta dała mi bezcenną poradę. „Dawkuj sobie smutek i całe to rozmyślanie o smutnych rzeczach. Ustal, no nie wiem, na przykład dwadzieścia minut dziennie i nie przekraczaj tego limitu”. To wygląda trochę tak, jakby smutek można było zaprogramować; wyłączyć po kwadransie i od nowa cieszyć się życiem. Zdziwię wszystkich zainteresowanych; próbuję i ta metoda chyba się właśnie sprawdza.

Potrafisz dbać o swoje życiowe potrzeby?

Nie o wszystkie. Co prawda mam dach nad głową, zazwyczaj pełny żołądek i powiedzmy, że od czasu do czasu zdarzy mi się noc bez koszmarów. Biorąc pod uwagę piramidę potrzeb Masłowa, wiem, że dbam o swoje potrzeby średnio. Że prawdopodobnie mogłabym zrobić dla siebie o wiele więcej. Powiedzmy, że uskuteczniam jakoś, choć marginalnie, potrzebę uznania czy samorealizacji. Ale co zresztą? Pracuję nad mocno rozchwianym poczuciem bezpieczeństwa. To najlepsza rzecz, jaką mogę w tej chwili dla siebie zrobić.

Umiesz przekuć te „złe” emocje w coś dobrego?

Oczywiście! Kiedy czuję, że jeszcze chwila, a złość i smutek wyleją się ze mnie rwącą i toksyczną rzeką, siadam do pisania. Papier przyjmie wszystko. Każdą bolączkę i wszystkie frustracje świata. Oraz każdy brzydki wyraz, co nie jest bez znaczenia (śmiech). Dobrym wentylem jest też taniec z garami, jak ja to nazywam. W złych chwilach lubię pójść do kuchni i upichcić coś z niczego. Poważnie, jestem mistrzynią wykorzystywania resztek!

Co pomaga Ci wygrzebać się z “przysłowiowego dołka”?

Od zawsze i po wsze czasy książka. Kiedy brakuje mi weny, a to się zdarza, to czytam. Kilkadziesiąt stron wciągającej lektury sprawia, że znowu widzę światło na końcu tunelu. A czasami nawet potężny reflektor. No i muzyka. Dobry, mocny grunge z lat 90-tych i znowu jestem w domu. Głos Eddie’go Veddera ma działanie przeciwbólowe; przenosi mnie do lat mojej naprawdę dobrej młodości. Pomaga mi się odprężyć i uświadamia, że ten punkt życia to tylko mgnienie oka, że przecież za chwilę może być znowu dobrze.

Kochasz siebie, czy wciąż masz z tym “pod górkę”?

Ja się cały czas siebie uczę. Epidemia i wymuszona izolacja dały mi dużo do myślenia, z autoanalizą włącznie. Doszłam do wielu dość przygnębiających wniosków i obiecałam sobie, że postaram się zmienić myślenie o sobie. Że jakoś odkoduję to, co miałam w sobie wgrane od dzieciństwa. Z tą miłością do siebie samej jest różnie. Staram się siebie lubić, otaczać szacunkiem i empatią. Uczę się pocieszać i tulić swoje wewnętrzne dziecko. Czasami to bolesny proces, a droga bywa długa. Wiem jednak, że na końcu czeka na mnie przysłowiowy garnek ze złotem.

Dziękuję za rozmowę!

Magdalena Janikowska

“Dziennik dobrego życia” czeka na Was pod tym linkiem:

https://sensus.pl/ksiazki/dziennik-dobrego-zycia-magdalena-czmochowska-karolina-nawoj,dziedz.htm#format/d

5.00 avg. rating (99% score) - 3 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares