Kiedy przeczytałam poprzednią książkę tego autora, pomyślałam, że to całkiem sympatyczna historia, która spodoba się zarówno dorosłym, jak i dzieciom. Głównym bohaterem jest pies Bailey, odradzający się w ciele małego szczeniaczka i trafiający pod opiekę ośmioletniego Ethana. Ciepło i familijność historii gwarantuje dziecięcy bohater, z którym może utożsamić się najmłodszy odbiorca. Dodatkowo atmosferę podkręca romansowy wątek w tle, co z kolei podoba się dorosłym. Gdy usłyszałam o kolejnej powieści Camerona, bardzo chciałam ją przeczytać. Moje pozytywne nastawienie wzmocnił fakt, że jestem ogromnym miłośnikiem psów. Szczególnie schroniskowych. Sama mam zacną kundliczkę maści krówkowej, którą porwałam ze schroniska, gdy ważyła niecałe trzy kilo (dziś ma trzynaście).

Na okładce słodki szczeniaczek, sugerujący, że będzie dla dzieci i bardzo słodko. Dorysowane czerwone rogi renifera podkreślają, że akcja rozegra się w okolicy Bożego Narodzenia. Ostrzegają, że może być kiczowato i tandetnie, ale się nie zrażam jeszcze, bo to przecież dla dzieci, więc odrobina tandety i kiczu bywa nawet wskazana w okolicy Świąt. Czytelnika wita dedykacja „wszystkim ludziom na całym świecie, którzy otworzyli swoje serca i drzwi dla osieroconych zwierząt”. Myślę sobie, to dla mnie (mimo że tłumacz użył konstrukcji analitycznej zamiast celownika).

Niestety, fabuła tej powieści okazała się nie tak interesująca, jak losy Baileya. Główny bohater, aspołeczny informatyk Josh, właśnie przeżywa rozstanie z ukochaną Amandą. Po opuszczonym domu na odludziu walają się jej zdjęcia i pamiątki po niej. Gdy tak się nad sobą użala, popadając w pracoholizm, niejaki Ryan podrzuca mu psa, tłumacząc się potrzebą pilnego wyjazdu do Francji. Kim jest Ryan, tego na początku nie pamięta nawet sam główny bohater. Dopiero po chwili hasło „Browarek w Niedźwiadku” przypomina mu pewną suto zakrapianą (jak się zdaje) imprezkę i rzeczonego Ryana. Bardzo szybko okazuje się, że podrzucony pies to suczka w ciąży, i że rzeczony Ryan wcale nie chce po nią wracać. Josh więc zostaje z problemem sam. No, może nie całkiem sam, bowiem z pomocą spieszy mu (oczywiście piękna i namiętna) Kerri z pobliskiego schroniska dla zwierząt. Czy Josh odda psa do schroniska? A może postanowi zaopiekować się nim na stałe? Czy Ryan przypomni sobie o ciężarnej suczce? A także, czy zaiskrzy coś między Joshem a Kerri? Tego nie mogę Wam powiedzieć, bo zepsuję przyjemność tym, którzy zechcą przeczytać książkę. Ale mogę zdradzić, że odpowiedzi na te pytania znajdziecie około strony 10.

Nie wiadomo, do kogo kierowana jest książka. Jeśli do dzieci, co sugeruje okładka, rozmiar czcionki oraz niewielkie zagęszczenie liter na stronie, zaskakuje, że powieść zaczyna się od picia piwa w barze przez dwóch porzuconych facetów, a także obecność scen jednoznacznie nacechowanych seksualnością, np.: „Ich pocałunek stał się nieco zbyt entuzjastyczny i wyglądało na to, że w ich głowach pojawiła się jednocześnie ta sama myśl. Kerri odsunęła się. – Słuchaj, przystopujmy. Przepraszam, ale nie zrobimy tego tutaj”. Książka także kończy się w łóżku z jednoznaczną sugestią, co będą robili bohaterowie całą noc. Poważną przeszkodą w odbiorze dzieła (czy to nie słowo na wyrost?) może być także brak bohatera dziecięcego lub nastolatka. Jeśli  natomiast ma to być książka dla dorosłych, jest zbyt infantylna („Historia tak urocza jak kosz niesfornych szczeniaczków” – zapewnia hasło okładkowe; pisownia oryginalna), chyba nawet dla miłośników romansów, choć nie wiem, bo sama do nich nie należę.

Sylwetki bohaterów są niepogłębione. Przy Joshu i Kerri widać nieudolne próby stworzenia postaci może nie wielo-, ale kilkuwymiarowej. Niestety, streszczenie traumatycznej przeszłości (moja matka jest narkomanką, nikt nie wie, kto jest moim ojcem, ale w żaden sposób nie wpływa to na moje życie – przy czym rzeczywiście w działaniach Kerri nie ma śladu wpływu matki narkomanki) w trzech zdaniach i powtórzenie tego w kilku miejscach powieści nie gwarantuje stworzenia postaci barwnej.

Oburzyłam się trochę, że notorycznie i konsekwentnie Boże Narodzenie nazywane jest w powieści „świętami” – wyraz pisany małą literą. Współczesne zasady ortograficzne dopuszczają dwa zapisy „święta Bożego Narodzenia” oraz „Święta”. Jednak brawo dla redaktora i korektora, bo tu rzeczywiście chodzi tylko o „święta”. Książka utrwala cukierkową, plastikową, kiczowatą wizję Bożego Narodzenia, rodem z hollywoodzkich filmów. Największym problemem bohatera jest przygotowanie smacznego indyka na Święto Dziękczynienia oraz wyciągnięcie ze strychu wszystkich ozdób bożonarodzeniowych z dzieciństwa już pod koniec listopada. No i wiadomo, w ten czas nikt nie może być samotny, więc chodźmy na świąteczne zakupy.

Mimo że autor w podziękowaniach końcowych (5 stron maszynopisu – sukces ma wiele matek, jak widać) wymienia weterynarza, z którym konsultował pewne kwestie, książka nie jest wolna od błędów w opisie zachowania psów i opieki nad nimi. Każdy miłośnik psów  wie (choć myślę, że nie jest to szczególnie zaawansowana wiedza z zakresu kynologii), że szczeniaki nie usypiają przy kołysankach śpiewanych przez ludzi. Każdy, kto miał do czynienia z choć jednym szczeniakiem, wie, że to tajfun w mieszkaniu – wszystko gryzie (wychodzą mu zęby), szarpie za nogawki, obgryza palce podczas zabawy… aż się nie chce wierzyć, że główny bohater, mając pięć szczeniaków na raz, potrafi zostawić je w domu i wyjechać na pół dnia do miasta, wrócić i nie zastać zdemolowanego domu.

Na pochwałę zasługuje natomiast wyeksponowanie kilku problemów związanych z posiadaniem zwierząt przez ludzi. Decyzja o opiece nad czworonożnym pupilem powinna być świadoma i dojrzała. Wielu ludzi bowiem decyduje się na kupno szczeniaczka pod choinkę dla swojej pociechy. Gdy pojawiają się pierwsze problemy lub gdy piesek dorośnie i przestanie być tak słodki, zwierzęta są porzucane, oddawane do przytułków, przywiązywane w lesie do drzew. Niezwykle wzruszający jest także fakt, iż historia Lucy została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami – psem Tuckerem, którego właścicielem jest autor.

Na tym koniec zalet.

Mimo że fabuła jest prosta jak drut telegraficzny, bohaterowie z bibuły, zwierzęta zantropomorfizowane do granic realności (brakuje tylko, żeby zaczęły mówić), a całość nastawiona na tandetną emocjonalność i wzruszenie, książka zbiera w niektórych kręgach czytelniczych bardzo pozytywne opinie. Być może zatem nie trafia po prostu w mój gust czytelniczy. Choćbym chciała, nie bardzo wiem, komu mogłabym ją polecić.

 

Olga Ziółkowska

5.00 avg. rating (99% score) - 2 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here