Biznesłoman pełną gębą.

Czasami w życiu każdej kobiety zdarzają się sytuacje, kiedy musi wskoczyć w uniform, szpilki, szeroki uśmiech na twarzy obleczony czerwoną szminką i ze skórzaną aktówką w ręku udać się w miejsce, w którym wszelkie sprawy załatwiane są wyłącznie pomyślnie. To miejsce to SPOTKANIE W INTERESACH.

Boże, jak to dumnie brzmi!

Bo kiedy szykuję się na spotkanie w interesach, to czuję się jak po studiach MBA okraszonych sześcioma fakultetami i tytułem magistra z każdego. Niestety fakty są takie, że owszem jestem po studiach, ale mam zaledwie tytuł licencjata, czego i tak nie mogę udokumentować, bo do tej pory nie odebrałam dyplomu. Nigdy nie miałam serca do robienia obiegówki, a potem już po prostu machnęłam ręką. Nazwijmy to szczytem lenistwa.

Szczerze? Nie lubię spotkań biznesowych.

Bo kiedy już do nich dochodzi, to dowodzenie przekazuję tacie, który porozumiewa się z innymi za pomocą dialektu, którego prawdopodobnie nigdy się nie nauczę. Moje dyletanctwo w zakresie wiedzy technicznej i wiedzy w ogóle napawa mnie zażenowaniem. Dlaczego nie mogę należeć do tego grona szczęściarzy, którym nauka przychodzi z taką łatwością, z jaką pelikan łyka ryby? Podczas gdy mój tato błyska elokwencją i pewnością siebie niczym Petyr Baelish, ja jedyne co mogę to uśmiechać się wdzięcznie i powtarzać „Hodor, Hodor”. Umiem za to podpisać się na fakturze.

Wrrrróć! Miałam przecież nie pomniejszać swoich umiejętności.

Dość dobrze projektuję, robię fajne kolaże i kiedy mam już coś do zrobienia, to prę naprzód niczym pancernik Bismarck prujący fale Bałtyku. Lata świetlne temu zajmowałam się pośrednictwem reklamowym i to były naprawdę złote dni mojej agencji. A potem mniejsze firmy uciekły do Internetu, a większe pod skrzydła poważnych domów mediowych, przy których moja mikro firemka była jedynie rybką czyszczącą płaty skrzelowe wielorybowi. Cholernie trudno o lojalnych klientów.

Pracuję zatem w domu.

Centrum dowodzenia jest fotel i podłoga zawalona kalendarzami, notatkami, pendrajwami i całym tym badziewiem, które po skończonej pracy po prostu wwalam pod fotel jak popadnie. Nie żebym nie miała normalnego biurka. Mam, ale wolę pracować z laptopem na kolanach. BO MOGĘ. Marzy mi się chęć do nauki, naprawdę. Marzy mi się możliwość ciągłego rozwijania swoich umiejętności i wdrażania ich w życie zawodowe. Marzy mi się kariera i cudowne poczucie stabilizacji płynące z pewnego i dobrze osadzonego źródła dochodów. Choć oczywiście ideałem byłoby dostawanie sowitego wynagrodzenia za nie robienie niczego i ładne wyglądanie (yyyy…punkt drugi nasuwa myśl „A zarobiłabym chociaż na jogurt?”)

Wiadomo, że jeśli jest się na własnym garnuszku, to może zdarzyć się wszystko – od błędnej decyzji po katastrofę naturalną w postaci plagi szarańczy. Ale można także odnieść oszałamiający sukces i pławić się w nim niczym rosyjski oligarcha w wannie szampana. Może to nie był mój czas?

Może to wszystko dopiero przede mną?

W poprzednim roku zaliczyliśmy dwa wyjątkowe spotkania w interesach. Po pierwszym wracaliśmy na tarczy, a świat wokół rozpadał się w szary pył, tworząc w moim zmęczonym mózgu krajobraz jak z Silent Hill. Jeśli rozpacz mogłaby mieć twarz, to otrzymałaby moją. Po drugim przez gruzy przebiło się słońce. Raz na wozie, raz w nawozie moi drodzy.

W przeddzień trzeciego spotkania, całkiem niedawno, napisałam do mojej przyjaciółki Agaty.

Jutro jadę na SPOTKANIE. Jestem kłębkiem nerwów.”

Agata która jest wszystkim tym, czym nie jestem ja, zatem kobietą o ostrym jak brzytwa umyśle, odpisała:

Dobrze się przygotowałaś torbo?”

Oczywiście!” odpisałam oburzona. „Ogoliłam nogi i pomalowałam paznokcie u stóp”

Boże, durna ty! Masz wszystkie dokumenty, pieczątkę?”

Aaaaaa, o to ci chodzi!”

W odpowiedzi dostałam jedynie wielokropek. Kocham ją, naprawdę.

Ale wiem też jakie ważne jest zrobienie dobrego pierwszego wrażenia.

Należy wyglądać schludnie, pachnieć nienachalnie, mieć czyste buty i uczesane włosy. Mniejsza z tym, że jest styczeń, a jadę w czarnej sukience i nieprześwitujących rajtuzach i założę skarpetki, zanim wsunę stopy w kozaki. Dzięki takim drobnym zabiegom kosmetycznym (choć moje łydki to kawał ciała do golenia!) czuję się bardziej zrelaksowana i pewna siebie i mimo że zauważam na mojej czarnej sukience plamki z soku z wyjątkowo soczystej mandarynki, to podczas spotkania udaje mi się sklecić sensownie kilka zdań i nie zrobić z siebie skończonej debilki. Przysłuchuję się rozmowom mojego taty, który jest mózgiem operacji, z dyrektorem, dyrektorem handlowym i specjalistą do spraw sprzedaży. Chłonę wiedzę, tematy, określenia i czasami nawet zrozumiem coś z ich technicznego slangu.

Popijam pyszną espresso, którą poczęstował nas pan dyrektor.

Po tym idziemy zwiedzić imponujący park maszynowy, którego my się nigdy nie dorobimy. W huku krosien i z zatyczkami w uszach przypatruję się tacie, który w tej chwili wygląda jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Jego oczy świecą! Spacerujemy drąc się do siebie, choć w większości czytamy z ruchu warg. Na żakiet i czarną sukienkę zarzuconą mam kamizelkę w kolorze oczojebnej zieleni.

Prawdziwa biznesłoman.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here