Ballada o Teodorze

Wciąż czekacie na swojego księcia w lśniącej zbroi i obowiązkowo na białym koniu? Czy już zastąpił go zadbany jak spod igły biznesmen w garniturze od Armaniego, właśnie wsiadający do mercedesa AMG-GT? Wiecie jak ten samochód wygląda? Nie? Nie szkodzi. Jest potwornie drogi. Widzicie go? No to wyobraźcie sobie, że obcas ukochanej szpilki utknął między płytami chodnikowymi, a wtedy…

…pojawia się Teodor, a blask bije od niego nieziemski.

Nasze czujne babskie oko rewiduje go od głowy aż po buty. Widzimy markowe dżinsy, świetnie dobraną koszulę i choć jego marynarka ma niedbale podwinięte mankiety i tak wiemy, co jest napisane na metce. Pachnie obłędnie i do tego obdarza nas kpiarskim uśmiechem, ukazując komplet zębów białych jak skarpetki z reklamy po wypraniu w Vizirze. I patrzy na nas takim wygłodniałym wzrokiem, a my, jak te pensjonarki, natychmiast oblewamy się rumieńcem. Boski Teodor klęka i delikatnie łapiąc nas za stopę, uwalnia obcas ze szczeliny. Nie musi, ale przez chwilę trzyma dłoń na naszej kostce, żeby przesunąć ją w górę, tak do połowy łydki. Stoimy w niedowierzaniu, z dreszczami tu i ówdzie, bojąc się ruszyć. Teodor podnosi się powoli, a twarz niebezpiecznie długo trzyma na wysokości naszego łona.

Jesteśmy ugotowane, drogie panie.

Wmawiamy sobie, że przecież nie jesteśmy głupie i już nigdy, przenigdy nie damy się złapać na lep tych słodkogłosych drani… i tak oto dajemy Teodorowi nasz numer telefonu. Idąc do domu /do kosmetyczki/ po buraki/ względnie na przystanek komunikacji miejskiej, roztaczamy wizje sielankowej przyszłości, w których biegniemy po miękkiej trawie, koniecznie boso i tak lekko, jakbyśmy były na księżycu. I wpadamy wprost w objęcia Teodora, który jedną ręką trzyma łapkę naszego wyśnionego dziecka, a drugą smycz z seterem irlandzkim na tejże. Rozmarzone do nieprzytomności, upuszczając przed drzwiami wszystkie zakupy, w panice sięgamy do torebki, słysząc dzwoniący telefon. Bo może to ON?? Ale nie, to tylko nasza siostra beczy do słuchawki, narzekając na męża. Jesteśmy cierpliwe i miłosierne, bo przecież problem nas nie dotyczy, a właśnie poznany, cudowny książę z pewnością jest inny, o niebo lepszy.! Kiedy z ulgą zdejmujemy buty, kiedy zakupy leżą chwilowo na stole, telefon dzwoni ponownie.

Jedno piknięcie serca, jedno uderzenie gorąca później wiemy już, że to ON!

I och, nie zwróciłyśmy uwagi, ale jakiż on ma miękki głos, brzmi jak śpiew anielski! „Dziękuję, że dzwonisz.Tak, z przyjemnością pójdę z tobą na kolację. Dzisiaj? Dobrze, do zobaczenia”. Choć na biurku sterta papierów, a w zlewie bujają się talerze, niemal już oplecione pajęczyną, ale co tam! Ahoj, przygodo! Biegniemy do łazienki, pod nosem podśpiewując „Czy ten pan i ta pani są w sobie zakochani?”, rozbieramy się, dokładnie lustrując każdy centymetr ciała. I nagły szlag nas trafia na wszystkie te pączki z toffi, na uprzykrzone słodkie likiery i wina, wypijane w obrzydliwych ilościach na babskich wieczorach, bądź tych samotnych, w domowym zaciszu. Szczerzymy się i wypychamy brzuch. Wciągamy. Na twarzy rozkwita uśmiech. Napinamy piersi, że niby takie fajne i sterczące bez wsparcia stanika, olewamy wszystkie te fiszbiny (przecież ich, do cholery, nie potrzebujemy!). Podekscytowane zbliżającą się randką z prawdziwym, namacalnym, niesamowitym facetem, zabieramy się za porządki.

Oczywiście wiemy, jak randka się skończy.

Liczymy na to, bo w końcu jesteśmy modne i swobodne, tak? Nie po to nasze matki, czy babki, czy ciotki paliły staniki! Im wolno, to nam też! Niech żyje rewolucja seksualna, równouprawnienie, feminizm i siostry w czołgach! Siostry w jednostkach specjalnych! Siostry na wojnie! A co! Zakładamy prowokującą bieliznę i skromną (na pozór) sukienkę, która jednak przylega do ciała jak druga skóra. Ciągle podkreślamy dwoistość kobiecej natury, bo wydaje nam się, że mężczyzn to kręci. W większości przypadków – wydaje nam się. Choć oczywiście ulegamy przekonaniu, że Teodor tego właśnie do nas oczekuje. Piekła i nieba. Wody i ognia. Otaczając się chmurą perfum – tych drogich, na specjalne okazje – wychodzimy.

Jesteśmy odrobinkę spóźnione, aby on nie pomyślał, że nam zależy.

I to jest właśnie zabawne; bo skoro nie zależy, to po co godziłyśmy się na randkę z facetem poznanym trzy godziny wcześniej, hmm? Kiedy wewnętrzny głos szepcze nam do ucha: „Jesteś żałosna. W tył zwrot, kretynko”, odpowiadamy „Och, zamknij się” i uzbrojone w oręż składający się uśmiechu, zmysłowego kołysania bioder i stanika typu push-up, idziemy na spotkanie z Przeznaczeniem. Teodor nie zawodzi. Czeka przed restauracją, no, nie ukrywajmy, tą najbardziej trendy w mieście. A my myślimy: „Łał, facet ma gest” i jesteśmy zadowolone, bo nie spogląda nerwowo na zegarek, tylko wprost w nasze rozmarzone, jak u naćpanej owcy, oczy. Otwiera przed nami drzwi, zdejmuje płaszcz… aaaach, jakże zmysłowo muskając ramiona! Odsuwa krzesło, nalewa wodę do kieliszka i w naszym imieniu wybiera z karty danie o obco brzmiącej nazwie oraz butelkę wina, której wartość równa się naszym dwudniowym zarobkom.

Jesteśmy podniecone jego szarmanckim zachowaniem.

Jest nienachalny, rozmowa się klei, bo Teodor pyta nas o pracę, psa i najlepszą przyjaciółkę z dzieciństwa. Rodzinny facet po prostu. A kiedy Teodor widzi nasze zaróżowione od wina policzki, słyszy nasz śmiech na cześć Bachusa, lekkim gestem przywołuje kelnera…i wychodzimy. Jedziemy do niego, a on całuje nas już w taksówce. Jest absolutnym cudem, ale przecież wiedziałyśmy to od początku. To jak trzyma w dłoniach naszą twarz, jak pieści kciukami policzki, jak całuje w czoło, brwi i powieki. Ma nas w garści, ale my przecież uwielbiamy być tak więzione! Po namiętnej nocy, pełnej ochów i achów, kiedy omdlewamy w jego ramionach raz za razem, Teodor budzi nas pocałunkiem, podaje kawę i zawozi do pracy. Jesteśmy zakochane po czubki uszu.

Sielanka trwa rok, może dwa.

Wspólne mieszkanie, rajskie wakacje, bez namysłu wzięty kredyt, plazmowy telewizor. Aż nadchodzi dzień, w którym oznajmia, że czas, aby poznały się nasze rodziny. Przytakujemy, jakby nas ktoś ciągnął za brodę. Szczęśliwe do granic, organizujemy eleganckie przyjęcie dla jego i swoich rodziców. W domowych pieleszach, acz wykwintnie (oczywiście zamawiamy catering, a Teodor wygląda na szczęśliwego, widząc nas takimi zadbanymi, ze świeżymi tipsami na paznokciach i w szpilkach w modnym kolorze). Spotkanie udaje się fantastycznie, rodzice przypadają sobie do gustu, a kiedy przynosimy z kuchni tort mokka i lekko schłodzone wino, Teodor, jak długi, pada przed nami na kolana, z pierścionkiem w dłoni i różą w zębach. Ależ oczywiście, że odpowiadamy TAK! Padamy mu w objęcia, podczas gdy nasze matki dyskretnie przykładają chusteczki do zapłakanych ze wzruszenia oczu. Pytacie, czy byłyśmy zaskoczone? Nieee…

Przecież marzenia się spełniają, a my zasługujemy na tego księcia z bajki, do jasnej ciasnej!

Niecierpliwimy się nieco, demonstrując blask brylantu czterem parom zachwyconych oczu. Odwzajemniamy uściski, uśmiechamy się słysząc: „Nasza mała córeczka”. I marzymy, aby goście już poszli, żebyśmy tylko mogły zedrzeć z Teodora ubranie i zachować się jak na narzeczoną (czytaj: dziką, wyposzczoną bestię) przystało. Zatem mamy wszystko zaplanowane. Ślub w czerwcu, suknia, której cena przyprawia o zawrót głowy (a co, nie należy nam się niby?), czeka w szafie szczelnie zabezpieczona pokrowcem. Tym razem nie pójdziemy do pani Basi, ale do poleconego stylisty fryzur, który za zrobienie ślubnego koka każe sobie płacić równowartość noclegu w pięciogwiazdkowym hotelu. Ale przecież to nasz ślub, czas na inwestycje! Zaklepałyśmy sobie termin u kosmetyczki i manikiurzystki, a Teodor podarował nam na Walentynki przepiękne kolczyki z perłami, włożymy je w dzień ślubu, ależ dadzą czadu pod welonem!

Odliczamy czas.

A kiedy nadchodzi Ten Dzień, kiedy patrzymy na Teodora odzianego w garnitur od Armaniego, to jesteśmy pewne, że złapałyśmy Pana Boga za rzemyk sandałów. Składamy przysięgę przed ołtarzem, dzierżąc w drżących dłoniach bukiet peoni, wsuwamy sobie na palce obrączki i wtedy czujemy jak przepełnia nas mieszanka miłości, pożądania, szczęścia, ulgi i satysfakcji. Łapiemy zazdrosne spojrzenia naszych koleżanek i wkładamy je do szufladki z napisem „Ale mi się udało!”. Na weselu brylujemy, catering jest wykwintny, pieczony bażant, truskawki w gorzkiej czekoladzie, tort migdałowy i fajerwerki.

Król i królowa balu.

Nie dajemy sobie chwili na odpoczynek, bo już trzy dni później siedzimy w samolocie lecącym do raju. Spędzamy dwa tygodnie w błogim lenistwie, kochając się do upadłego i pozwalając fotografować się Teodorowi (naszemu mężowi!) w spodniach i w sukience i zupełnie nago na tle lazurowego morza. Jesteśmy pewne, że tych wspomnień nigdy czas nie zatrze.

Wracamy. Zapraszamy znajomych i przy szampanie oglądamy zdjęcia z wesela i naszego miesiąca miodowego.

Teodor nie spuszcza z nas rozkochanego wzroku, a my ciągle dotykamy jego dłoni, głaszczemy po włosach, kiedy siada na podłodze u naszych stóp, całujemy go w szyję i widzimy, jak inni bardzo nam zazdroszczą. Trwając w poślubnym upojeniu, wracamy do rzeczywistości. Chodzimy do pracy, błyskając obrączką i nieprzytomnych uśmiechem. Teodor czeka na nas przed firmą, razem robimy zakupy, razem gotujemy, całując się i śmiejąc do upadłego, razem chodzimy pod prysznic, a potem kochamy się trzy razy. I jeszcze raz, nad ranem. Teodor całuje nas w nosek przed wyjściem i naprawdę nie jesteśmy zdziwione, kiedy rzucamy już torebkę na nasze biurko, a z niej turla się czekoladka w czerwonym sreberku.

Mija kilka miesięcy, a my kochamy go jeszcze bardziej niż w dniu ślubu, tak bardzo, że boli nas serce.

A może to nie serce? Czujemy się podejrzanie dziwnie. Teodor z czułym uśmiechem pyta, czy nie jesteśmy w ciąży, więc niemalże w pantoflach i kusej koszulce biegniemy do apteki po test. Test pokazuje dwie kreski, Teodor szaleje, nosi nas na rękach, zabrania się przemęczać i każe pójść do lekarza. Jest w tym tak seksownie autorytatywny, że… Brzuszek rośnie, a Teodor, którego my oczywiście nazywamy Teosiem, mówi do niego i śpiewa mu piosenki. Oczywiście, że jest przy porodzie, trzyma nas na rękę, kiedy mdlejemy z bólu i domaga się stałej obecności lekarza, patrząc na nasze cierpienie. Rodzimy ślicznego chłopczyka, Teodor płacze i tak naprawdę jest to pierwszy i ostatni raz, kiedy widzimy go tak wzruszonego. Wracamy do domu, i skupione na maleńkim, absorbującym dziecku, które przecież absolutnie nie da sobie bez nas rady, odsuwamy Teodora na bok.

Ale to przecież tylko na chwilę.

Przecież on rozumie. Rozumie, że zmęczone nocnymi karmieniami, bólem piersi i nieustającym krwawieniem, zastanawiające, czy można umrzeć z niewyspania, nie mamy ochoty na seks. Nie mamy ochoty na spanie w jedwabnej koszulce w kolorze strażackiej czerwieni, bo nienawidzimy siebie z nowo nabytymi czternastoma kilogramami i tym metrem kwadratowym luźnej skóry w miejscu, w którym kiedyś był nasz brzuch. Zaprzątnięte zmienianiem pieluch, noszeniem na rękach i przystawianiem do obolałych piersi naszego berbecia, nawet nie zauważamy, że Teodor czuje się zepchnięty na boczny tor. A kiedy okazuje nam frustracje, warczymy na niego. Mamy wyrzuty sumienia, więc kiedy Junior w końcu zasypia, resztkami sił robimy się na bóstwo i staramy się ułagodzić naszego pokrzywdzonego męża.

Rozmową, tłumaczeniem, ciepłym słowem i świeżo wygojoną waginą.

W naszym małżeńskim stadle znów panuje sielanka i naprawdę staramy się nie myśleć, że tak naprawdę Teodor ledwo co nas dotykał. To znaczy dotykał, było cudownie, ale brzuch omijał szerokim łukiem. I nie gładził już naszej talii i bioder tak, jak kiedyś (yyy…jakiej talii?). Zapominamy o tym na spacerze, kiedy Teo kupuje nam lody, jedną ręką pchając wózek. Po powrocie kąpie syna, a kiedy mały śpi, kochamy się, ale nie ma w tym niedawnego żaru, a jedynie wyczuwalne dążenie do jak najszybszego spełnienia. Nie wierzyłyśmy, że to się stanie, ale któregoś piątkowego popołudnia odbieramy telefon od Teodora, a on oznajmia nam, że wróci później, bo idzie z kumplami na wódkę. Koniec i kropka.

Płaczemy, tuląc dziecko i kopiąc w szafę.

Zastanawiamy się, co zrobiłyśmy nie tak, a potem tłumaczymy sobie, że ma prawo wyjść z domu, przecież nie trzymamy go na łańcuchu. Jednocześnie jesteśmy wściekłe, że zostawia nas teraz, kiedy jest nam potrzebny. A czy my nie odepchnęłyśmy go, kiedy chciał być potrzebny nam, drogie panie? W chwili porodu przeobrażone w matki-kwoczki, skupione na dziecku i nie ukrywajmy – po prostu zaniedbane – w dresie poplamionym mlekiem i z niechlujną fryzurą, nie jesteśmy już tą samą wyśnioną, wymarzoną królewną, w której na zabój zakochał się nasz mężczyzna. Całą naszą osobą pokazujemy mu, że przestał być najważniejszy, ale przecież nie przestałyśmy go kochać. Jest dziecko. Dziecko!

A cóż to innego, jak nie owoc naszej miłości?

Nie poświęcamy Teodorowi tyle czasu, co kiedyś. Nasze spojrzenie jest przemęczone, a nie rozkochane. Paznokcie krótkie w miejsce pomalowanych na beżowo akrylowych tipsów. Szpilki zastąpiłyśmy japonkami, a seksowne dżinsy rurki luźnymi spodniami ściąganymi w pasie troczkiem (No cooo? Świetnie maskują brzuch!). Nie ma co ukrywać – wyglądamy i zachowujemy się jak swoje własne ciotki. Jakbyśmy zapomniały o byciu żoną, kochanką i przyjaciółką, biorąc na barki brzemię społecznego obowiązku, polegające na wychowaniu nowego podatnika. Choć zdajemy sobie sprawę z popełnianych błędów, nie robimy nic, aby to zmienić…

Zmęczone, tkwimy w kokonie niczym larwa, która kiedyś tam w domyśle przeistoczy się w cudnego motyla.

A póki co ronimy łzy na widok pierwszego ząbka, całujemy tłuste łapki i małą dupcię pachnącą pudrem. Kursujemy między kuchnią a pralką, od czasu do czasu pobliskim warzywniakiem (jest bliżej niż delikatesy, w których robiłyśmy z Teodorem zakupy na nasze romantyczne kolacje.). Posuwamy się od punktu A do B, z B do C niczym długopis po kartce w zabawie „połącz kropki”. Z domu do parku z wózkiem, wracając robimy zakupy. Następne przystanki: gary, obiad do zrobienia, pościel do zmienienia, sterta do prasowania. Podgrzać mleko, nakarmić juniora, umyć go, przebrać.

Zasypiamy w locie, ale czym zmęczone?

Z nostalgią wspominamy czasy naszej pracy w Firmie, wyjść z klientami, szybkich przekąsek w barze po drugiej stronie ulicy. Czasy tych wszystkich wyjazdów integracyjnych, na których grałyśmy w idiotyczne zabawy, żeby potem natrąbić się jak pestka i zasnąć w nie swoim łóżku. Ależ skąd! Teodor nigdy nie poznał nas z tej strony! Dla niego starałyśmy się być idealne.

No i się udało, tak? Tak???

Przecież mu przejdzie. To tylko taki okres wycofania, dziecko to rewolucja. „Cholera, powinien przywyknąć! Miał na to dziewięć pierniczonych miesięcy!” – myślimy, resztkami sił nakładając maseczkę. Kim jest ta obca baba z twarzą wykrzywioną złością? To nie ja. Nie my. Żadna z nas przecież. A ponieważ nasza złość weszła w zenit, perorujemy, rzucając piorunami w lustro: „Ciągle sama! Wszystko na mojej głowie! Znikąd pomocy! A on tylko wychodzi na cholerne drinki, cholernego tenisa i cholera wie, dokąd jeszcze! On mnie już nie wiiiiidziiiiii!”. Zanosimy się płaczem, a cholerna maseczka spływa, zanim zdąży zadziałać.

I tak mijają dni, tygodnie, miesiące.

Nasza frustracja rośnie wprost proporcjonalnie do jego znikania z domu. Jak mogłyśmy być tak naiwne? Różowe okulary spadają, to bardzo boli. Spostrzegamy w nim najzwyklejszego faceta, nie nadczłowieka na miarę Supermana i George’a Clonney’a w jednym. Widzimy faceta, któremu sos cieknie po brodzie, kiedy zapatrzy się w telewizor, widzimy faceta, który puszcza bąki przez sen. Faceta, który przed snem czyta książkę w okularach (kiedy on zaczął nosić okulary, do diaska?!), a potem gasi światło i odwraca się do nas tyłkiem, zamiast kochać się dziko, jak za czasów narzeczeństwa.

Czujemy się stare, nieatrakcyjne, przezroczyste.

Czujemy się winne. Że czemuś nie podołałyśmy, że coś przeoczyłyśmy. Że to wszystko przez nas! W stanie obniżonego nastroju utrzymujemy się już właściwie stale, niczym boja na powierzchni morza. Uważamy, że byle jakie z nas żony, kochanki, matki, gospodynie domowe. W ostatnim podrygu walki o powrót do „normalności” obwieszczamy Teodorowi, że wracamy do pracy, a Juniora posyłamy do żłobka, za który, on, rzecz jasna, musi zapłacić.

Nie jesteśmy zdziwione spotykając się z murem niezrozumienia i tym samym wchodzimy w pierwszy poważny małżeński konflikt.

Wrzaskiem stawiamy na swoim, nie obywa się bez wyrzutów sumienia. W pracy witają nas z otwartymi ramionami. W domu atmosfera ulega pozornej poprawie, ale jesteśmy po dwakroć zmęczone, a Teodor całym sobą manifestuje: „Chciałaś, to masz, teraz się męcz, ja z przyjemnością do tego dopłacę”. Zaczynamy go nienawidzić. Drażni nas. Wkurza. Stąd już krok do zimnej wojny I oczywiście wstępujemy na wojenną ścieżkę. Od tej pory nasze życie rodzinne zamienia się w małe piekiełko, choć, rzecz jasna, stać nas jeszcze na to, by lukrować twarze cienką warstwą uśmiechu przy obcych. Kiedy łapie nas refleksja, że jest strasznie, że to nie ma sensu, patrzymy na synka, który jest „skórą zdartą z ojca” i połykamy łzy, jak zwykle nie wiedząc co robić. Odejść? Zostać? Kto na tym straci? Czy ktokolwiek zyska?

Miotamy się, jak głodne lwice w klatce, porykując od czasu do czasu.

Tylko, że nikt nie słyszy wołania o pomoc w tym ryku, nikt nie rozumie, że głodne serce, to rozczarowane serce, a ten ryk to odgłos, jaki wydają prujące się szwy. Pewna część nas chce, żeby wszystko było jak kiedyś, kiedy nigdy nie brakowało tematów do rozmowy, kiedy nie mogliśmy przestać się dotykać, a część nas napusza się jakąś idiotyczną dumą i jesteśmy pewne, że pierwsze ręki do zgody nie wyciągniemy. Nagle nabieramy pewności, że zestarzejemy się brzydko, a wszystko, co dobre, już za nami. Co z tym zrobimy..? Teodor z boku, równie zacięty. On też nie jest z kamienia, on też cierpi. Tak bardzo, że cały drży, dzierżąc przed sobą swoją designerską walizkę – jego strona szafy jest pusta, z apteczki zniknęły jego krople do oczu i tabletki przeciwbólowe, kubek świeci pustką jednej szczoteczki do zębów. Lekko ściskamy jego dłoń, kiedy szepcze „Nie mogę tak dłużej, mała… Jesteśmy tacy jak inni, zbyt leniwi na walkę. Zabiła nas rutyna”. Odchodzi. Zamyka za sobą drzwi.

A jak się skończy wasza ballada?

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares