Lubię oglądać słabe filmy.

Brzmi to jak wyznanie rodem ze spotkania dla anonimowych wielbicieli kiepskich produkcji albo jakiś wstydliwy sekret. Ale to nie tak. Lubię oglądać marne filmy. I nie wstydzę się tego.

Pewnie zapytacie od czego się zaczęło? Ano od tego, że lubię komentować filmy. Wszystkie. Nawet te dobre.

Oczywiście w granicach normy. I nie w kinie. Po pierwsze dlatego, że rzadko chodzę do kina. Po drugie dlatego, że lubię chodzić tam sama, więc nie będę zagadywać obcych. A po trzecie dlatego, że nie chcę nikomu przeszkadzać. Jednak kiedy oglądam filmy z moim chłopakiem albo najlepszą przyjaciółką, no cóż… komentarze nasuwają się same. I do złych filmów, i do tych dobrych. Już od kilku lat z radością ogłaszam im moje opinie o postaciach, dialogach i wydarzeniach w filmach. A oni równie chętnie, robią to samo.

Można powiedzieć, że stworzyliśmy takie koło wzajemnej adoracji, składające się z trzech osób, czepiających się filmów.

Choć odkryłam, że dużo lepiej bawię się komentując te słabe, niż te dobre, nie powiązałam tego z faktem, że ja po prostu lubię marne kino. Zanim jednak przejdziemy dalej, powiem od razu: uwielbiam też dobre filmy. Zwłaszcza klasyki. Jestem również fanką filmów Burtona oraz filmów Allena. Kocham teatr. A jeśli oglądam słabe filmy, to wiem, że one takie są. Nie zachwycam się nimi. Po prostu dobrze się bawię.

Moje zainteresowanie takimi wątpliwymi dziełami rozwinęło się, kiedy natrafiłam na kanał Mietczyńskiego. Konkretniej na program „Masochista”, w którym youtuber komentuje słabe filmy i dzieli się swoimi opiniami.

Nawet nie wiecie jaka to radość, móc zobaczyć, że ktoś też to robi i czerpie z tego swego rodzaju frajdę! Przyznaję, początkowo nie miałam ochoty oglądać filmów, w których ktoś komentuje słabe filmy. Jednak fakt, że jestem fanką filmików Niekrytego Krytyka, który robi w sumie to samo, sprawił, że zdecydowałam się obejrzeć jeden odcinek na próbę. Z jednego odcinka z kolei zrobił się maraton całej serii. A w trakcie oglądania momentami śmiałam się do łez.

To także „Masochista” sprawił, że obejrzałam „Big love”. A w następstwie, nie ma co ukrywać, zaczęłam czerpać z tego seansu dziwną przyjemność.

Proszę, nie myślcie sobie teraz jakiś zbereźnych rzeczy. Film ten po prostu wydał mi się tak intrygująco absurdalny, że aż musiałam go obejrzeć. W dziwne lato 2018 roku, zdecydowałam się, więc na dziwny film Barbary Białowąs. Zaprzestałam mojego kilkugodzinnego maratonu „Masochisty” i zabrałam się za słaby film, który Mietczyński oceniał. Szczerze mówiąc, myślałam, że nawet trochę przesadza. Kilka lat wcześniej naczytałam się o tej produkcji  samych dobrych rzeczy.

Ale jak się okazało – nie przesadzał. A ten film naprawdę był kiepski. Na tyle kiepski, że patrząc na nieudolność jego realizacji zaczęłam się dobrze bawić.

To nie tak, że cieszą mnie cudze porażki. Wręcz przeciwnie. Jestem aż nadmiernie empatyczna i wrażliwa. No, poza słabymi filmami. Bo oglądając je, zamiast odrzucać współczucie, po prostu czerpię z nich przyjemność i radość. Owszem, z nutką zażenowania, ale jednak. Od tego czasu, kiedy trafiałam na zły film, oglądałam go i dobrze się przy tym bawiłam. Zdarzały się filmy, które swoim poziomem żenady powodowały u mnie dyskomfort. Ale znaczna większość była jedynie źródłem rozrywki.

To nie działa tak, że lubię wszystkie złe filmy. Większość pochodzących z tej kategorii absolutnie mnie odrzuca. Ale spora część gwarantuje masę śmiechu i dziwną satysfakcję.

Czasem po męczącym dniu nie mam siły na książkę ani na wartościowy film. Innym razem po prostu potrzebuję się pośmiać, zrelaksować albo obejrzeć coś głupiego. Wtedy sięgam po takie filmy. Szczerze je polecam, ale tylko jeśli będziecie pamiętać o kilku istotnych rzeczach. Po pierwsze gust każdego z nas jest inny. To, że ktoś uważa film za zły nie oznacza, że my uznamy tak samo. Nie musimy też wstydzić się oglądania jakiś produkcji, tylko dlatego, że mają słabe recenzje. To nam mają one dawać radość.

Nie przejmujmy się ocenami innych, ale sami też nie oceniajmy tego, co oglądają inni. Może te filmy, które odbieramy za naszą dziwną przyjemność, bo są tak słabe, dla kogoś są w Top 3 najlepszych dzieł kinematografii.

I dobrze. W tym nie ma nic złego, dopóki nasze zdanie nikogo nie krzywdzi. Nie wciskajmy go na siłę. Nie próbujmy przekonać kogoś, że to, co ogląda, to żenada. A jeśli ktoś będzie próbował przekonać nas – zamiast go słuchać odpalmy nasz ulubiony słaby film i jedzmy popcorn tak głośno, żeby zagłuszyć negatywne opinie. Druga zasada zabrania hejtu. Nie tylko wobec innych, ich wyborów i opinii. Ale przede wszystkim wobec wszystkich, którzy brali udział w produkcji tego filmu.

Możemy się pośmiać i komentować w swoim gronie. Ale pisanie wulgarnych komentarzy, wiadomości i recenzji to największe dno. Większe nawet niż najgorszy film.

Wszyscy czasem popełniamy błędy. Czasem niewielkie, czasem ogromne. Może dla kogoś największym błędem jest dany film lub udział w jego tworzeniu. Nikt nie lubi, gdy wypomina mu się takie błędy przez resztę życia. Dlatego tego nie róbcie. A już na pewno nie w po prostu chamski sposób. Bo to świadczy o Was, a nie o twórcach. Wszyscy mamy lepsze i gorsze decyzje na swoim koncie. Nie oceniamy filmowych wyborów innych, dajmy spokój też twórcom.

A po trzecie – czerpmy z tych filmów ile tylko się da. Nie zapominając przy tym, że są złe. I warto sięgać też po dobre filmy.

W złych filmach może zainspirować nas pomysł, który nie do końca udało się zrealizować, choć nie był zły. Makijaż bohaterów lub ich stroje. Pomysł na urządzenie mieszkania. Nowe powiedzonko. Cokolwiek. O tym dlaczego właściwie złe filmy mogą nam przynieść dobre skutki, napiszę innym razem. Dzisiaj dodam tylko, że w najgorszym razie po takim seansie zostanie Wam temat do rozmów i żartów. Oczywiście, jeśli wszystko robicie z rozsądkiem. Złe filmy nie są po to, by oglądać je nałogowo. Nie zapomnijcie o tych wartościowych. Kiepskie są świetne, żeby się zrelaksować, lekko ogłupić albo pośmiać. Ale prawdziwe inspiracje i dobro płyną z filmów, które są… no właśnie, dobre. Po prostu zwracam uwagę na to, żeby szukać korzyści i zalet, gdzie się da.

Złe filmy mają swoje dobre strony i jeśli tylko będziemy pamiętać o tych kilku istotnych rzeczach, może się okazać, że wyniesiemy z nich morze inspiracji i radości.

Na koniec zalecam dystans i szacunek. To pierwsze do siebie, do filmu i do rzeczy w nim przedstawionych. To drugie do tworców, ale i do siebie. Jeśli film jest nie tylko marny, ale i irytujący, denerwujący i trudny do oglądania, a w dodatku wcale Was nie bawi – to nie o to chodzi. Ta dziwna przyjemność ma płynąć ze złych filmów, które nam się jakoś podobają. Nie z takich, które są dla nas absolutnie odrzucające. Może się też okazać, że żaden zły film Was się nie spodoba. To dziwne hobby, nie wszyscy je mają. Nie martwcie się tym. Wtedy macie więcej czasu na oglądanie tych dobrych.

 

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares