„- Poznałem kobietę, ale w chwili obecnej nie chcę mieć dziewczyny, chcę się spotykać z kilkoma kobietami na zasadzie fuck-friends. Tylko właśnie: jak jej to przekazać, że nie szukam dziewczyny do związku i na jaki etapie znajomości jej to powiedzieć? Po pierwszym seksie, po pierwszym pocałunku?
– Powiedzieć jej to szczerze. Najpóźniej po pierwszym seksie, najwcześniej po tym, jak już jest zainteresowana seksualnie.”

Powyższy cytat pochodzi z poradnika dla mężczyzn pt. Mistrz Podrywu autorstwa Marcina „Adepta” Szabelskiego. Jak autor sam twierdzi: „Mam często wrażenie, że część technik uwodzenia jest niemoralna, nieetyczna, aspołeczna, manipulacyjna i powinno się ich zabronić. Tak, przyznajmy to sobie szczerze. Te techniki zwykle czynią z kobiet potulne baranki, które chętnie wskakują uwodzicielom do łóżka i są z tego zadowolone. Na pocieszenie powiem Ci, że kobiety też mają swoje techniki i to wcale nie gorsze od naszych. Więc stosując się do wskazówek z mojego poradnika, wyjdziesz z remisem.”

Po dobie od przeczytania ostygłam na tyle, że mogę pokusić się o w miarę stonowane refleksje. Nie twierdzę, że autor jest złym człowiekiem, ani że są nimi szukający porad panowie. Twierdzę natomiast, że ludzie – kobiety i mężczyźni, są do cna zepsuci. Rozmawiałam dzisiaj z tatą (zresztą, nie pierwszy raz na ten temat) i wiem, że proces zepsucia postępuje – jeśli nie od zarania dziejów – to co najmniej od czasów jego młodości.

Od zawsze były kobiety, które odczuwały permanentne swędzenie między nogami, od zawsze istnieli mężczyźni gotowi je podrapać. O dziwo, te kobiety – czternastolatki, dojrzałe dzieciate mężatki, singielki – po prostu sięgały za ich przyrodzenia pod stołem, w tańcu, oparte o drzewo czy na dywanie. Takie rozpasanie przyzwyczaiło facetów do cholernie błędnego myślenia, że WSZYSTKIE kobiety są takie i WSZYSTKIE chcą ostrego chędożenia na stole, kiedy po fakcie facet schowa nabiał w gacie i rzuci przez ramię: „to nara”, a potem rozejrzy się za kolejną, która wymaga podrapania.

Kobiety, które ubrane w szpilki, pończoszki i seksowne ciało obowiązkowo w rozmiarze „S”, gną się w klubach w światłach stroboskopu, stwarzają wrażenie, że są „potrzebowskie”; że nie mają nic przeciwko temu, by poznany ułamek sekundy wcześniej facet pchał im łapy w majtki. Okej, przyjmuję to do wiadomości, choć nadal nie rozumiem.
Zatem, zaczytany tym poradnikiem po pęczniejące od spermy jądra facet, trenuje na kobietach techniki podrywania, które – według autora – zawsze, nieuchronnie powinny prowadzić do rzucenia „potrzebowskiej” panny na maskę samochodu i zrobienia jej i sobie tak dobrze, jak nigdy w życiu. Tę koncepcję też przyswajam, bo w tym przypadku przyciągają się dwa pragnienia i nikt nie wychodzi z nich w poczuciu krzywdy.

Przejdźmy jednak do meritum, panie Adept. Pana odpowiedź na pytanie o relację fuck-friend jest totalnie do kitu. Po pierwszym seksie? Serio? A co, jeśli taki pospolity uwodziciel nie trafi na pospolitą „potrzebowską”, ale na ciepłą, uczuciową dziewczynę, dla której ten seks będzie czymś więcej niż zwykłym bzykaniem? I co, dopiero po fakcie ma ją uprzedzić, że była dla niego tylko workiem na ejakulat? Autorze, uczysz tych wszystkich „podopiecznych” co mają robić, żeby finalnie kobieta wylądowała z nimi w łóżku, ale ani słowem nawet nie wspomnisz o odpowiedzialności za uczucia, które taki mężczyzna może chcący-niechcący w kobiecie rozbudzić!

Techniki podrywania to nic innego, jak techniki manipulacji emocjami, a wiadomo, że kobiety podporządkowują emocjom większość aspektów życia. Chyba, że są tak cyniczne i przeorane przez rzeczywistość, że emocje zostają wyparte przez zimny realizm. Tylko że takich kobiet się nie podrywa, bo nie są łatwe, bo za dużo przeszły i mają wszystko gdzieś. Dla was, facetów, są – jak to Pan ujął – toksyczne. A, nie daj Boże, jeśli mają dzieci, czy przeżywają swoje małe albo wielkie tragedie.

Zmierzam do tego, że to jest niegodziwe, kiedy mężczyzna mówi, że nie chce związku PO SEKSIE, a nie zanim do niego dojdzie. Dla niektórych kobiet taki seks równa się z prozaicznym sprzedaniem siebie, a nie chwilą zaspokojenia i przyjemności z nieznajomym. Jak czują się później takie kobiety? Jak puszczalskie. I plują sobie w brodę, że znowu zaufały facetowi, że wcześniej te randki, kwiatki, czekoladki i słodzenie typu: „Jest w tobie coś, czego nie odkryłem w żadnej innej kobiecie”, „Moja intuicja mówi mi, że nie jesteś taka jak wszystkie”, lub „Dla ciebie chcę być lepszym człowiekiem, bo jest w tobie coś takiego…” On sobie ulży, a kobieta, która ewidentnie nigdy nie powinna była stać się jego targetem, już buduje w głowie zamki na lodzie.

Rzecz jasna jest także drugi biegun kobiet, które niby są w związkach, ale nie widzą nic złego w szybkim numerku z nieznajomym, choćby tylko dla uatrakcyjnienia szarej rzeczywistości, albo z chęci dokonania zemsty na partnerze. Owe kobiety chętnie rozkładają nogi. Nie chodzi im o adorację, lecz o penetrację, satysfakcję, ulgę, albo potwierdzenie swojej atrakcyjności. Lubią prestiżowe zawody, drogie perfumy i wypchane portfele. I jeśli trafią na manipulatora, który fuck-friends przedkłada nad prawdziwą, mocną relację z kobietą, to obydwie strony są wniebowzięte.

Dobrze, do sedna – panowie, uważajcie, kim manipulujecie, uważajcie, na kim testujecie techniki podrywania, bo możecie kogoś naprawdę bardzo skrzywdzić. Jeśli deklarujecie chęć bycia z kobietą, opieki, pomocy i wspierania, tylko dla stosunku fizycznego, aby po kilku dniach powiedzieć jej: „Bajo, nie jestem gotowy na związek”, to jesteście warci tyle, co nic. Jeśli kobieta, której obiecaliście to wszystko, gotowa była dać wam o wiele więcej niż swoje ciepłe ciało, a wy to odrzuciliście… jesteście mentalnie jeszcze w przedszkolu i po wsze czasy powinniście tam pozostać, a nie bawić się w: „Pokaż mi, to ja też pokażę ci siusiaka”.

Wiem, takie czasy – bo łatwiej o seks, a miłość to zaledwie zlepek liter, które można sobie wygooglować w necie. Zatem podrywajcie sobie wesolutko te, które chcą się kochać bez zobowiązań tak samo jak wy, ale odczepcie się od tych, które marzą o zdrowych, pełnowartościowych relacjach.

Mistrz Podrywu jest poradnikiem niemoralnym. Może dlatego, że brutalnie punktuje niemoralność obydwu płci. Nie każda kobieta nadaje się do jednorazowych przygód i dobrze jest wiedzieć, że istnieje jednak (listy od czytelników bloga) odsetek mężczyzn, którzy poszukują trwałych związków opartych na mocnych podwalinach. W mnogości portali randkowych, nieograniczonego dostępu do Internetu i nocnych klubów, rośnie w siłę degrengolada społeczeństwa.

Co prawda, autor mówi także, że kobietę można zaczepić na ulicy, w kawiarni, w bibliotece i że prawdopodobnie nie jest to typ szukający cielesnej rozrywki na chwilę. Brawo za to spostrzeżenie! Podobają mi się jego porady adresowane do nieśmiałych mężczyzn, którzy chcieliby naprawdę poznać miłe kobiety, bo ich listy oddychają szacunkiem do kobiet. I chyba właśnie o to chodzi – abyśmy szanowali się wzajemnie, a nie pozwalali zaślepić się naszym żądzom.

Marcin Szabelski chwali się nawiązaniem bliskich relacji ze stu siedemdziesięciu dwoma pięknymi kobietami, a ja wciąż zastanawiam się, czy aby na pewno o to chodzi w życiu. Rozumiem, że w innych mężczyznach ten fakt budzi zazdrość, podziw, w kobietach być może zaciekawienie podszyte myślą „A gdyby tak mnie poderwał?”, we mnie jednak budzi się tylko refleksyjny smutek.

Rozumiem także, że dla niektórych miano dzieła sztuki noszą obrazy Rembrandta, inni sztuką nazywają tajemnicze zawartości puszek Piera Manzoniego. Ciężko jest wszystkim dogodzić, dlatego z czystym sumieniem nie polecam Mistrza Podrywu.

Magdalena Czmochowska

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here