Pani Henryka – energiczna emerytka, pasjonatka nordic walking, właścicielka świnki morskiej. Urocza starsza pani i samozwańczy detektyw, który nie może usiedzieć spokojnie, kiedy w pensjonacie zostaje popełnione morderstwo.

Znowu jest mi przykro!

A tak bardzo cieszyłam się na myśl, że to właśnie ja mogę zrecenzować „Panią Henrykę i morderstwo w pensjonacie”! Ten tytuł, ta ukryta w nim obietnica! Do tego elektryzująca informacja na okładce; autorka nie dość, że jest łodzianką (witaj kochana ziomalko, pomyślałam), to jeszcze wielbicielką Agathy Christie. Ot, trafiło się ślepej kurze ziarno. Uszczęśliwiona, podekscytowana jak dziecko przed Bożym Narodzeniem, rozsiadłam się jak cesarzowa i przygotowałam na spotkanie z polskim klonem panny Marple i…

…i

Nazwijmy to konsternacją

Pani Henryka jest jedynym jasnym, żwawym organizmem w powieści Katarzyny Gurnard. Potencjał tej postaci acz ogromny, to niestety został przez autorkę nieco stłamszony. Czytając nie mogłam pozbyć się dość natrętnego wrażenia, że gdyby odrobinę poluzować pani Heni cugle, to fabuła nabrałaby i tempa, i rumieńców. Kochanej emerytki nie da się nie lubić; jest naprawdę czarującą starszą panią, pogodną i mądrą tym rodzajem mądrości charakteryzującej ludzi pogodzonych z sobą i losem. Autorka sprawiła, że zatęskniłam za babcią. Bardzo pani za to dziękuję, pani Katarzyno.

Dużo angielskiej flegmy

O dziwo rozumiem intencję autorki, ponieważ jej uwielbienie dla Agathy Christie nadaje powieści wyczuwalny styl. Ale – bo zazwyczaj jest jakieś ale – niestety nadmierna ilość dosłownie interpretowanej „angielskiej flegmy” sprawia, że fabuła jest po prostu mdła. Niby jest morderstwo, niby młoda ofiara i nawet plama krwi, jednakże gdzieś na marginesie. Owszem, wątek jest utkany wokół śmierci pokojówki pensjonatu Yorkshire, ale odniosłam wrażenie, że tytułowego morderstwa jest po prostu za mało. Spodziewałam się wnikliwego, plastycznego i pobudzającego opisu mordu, a dostałam zaledwie szkic, jakby autorka nie chciała czytelnika urazić, czy zniesmaczyć. Wiem, że „Pani Henryka…” z zasady miała być ciepłą, lekką książką z wątkiem kryminalnym w tle i nie umiem, naprawdę nie umiem zaklasyfikować jej ani do nurtu powieści obyczajowych, ani tym bardziej do kryminałów.

Gładko, miło, okrągło

Po przeczytaniu mniej więcej pięćdziesięciu, może stu stron zaczęłam zastanawiać się nad grupą docelową książki i doszłam do wniosku, że jest adresowana do spokojnych, równie pogodnych jak pani Henia Orłowska, kobiet 60+. Do pań, które umoszczone na wygodnym fotelu, z poduszką za plecami, kawą w filiżance i herbatniczkami na talerzyku, mogłyby zbratać się z główną bohaterką. Powieść Katarzyny Gurnard pełna jest zbyt gładkich, zbyt dobrze oszlifowanych zdań i okazuje się, że nadmierna poprawność może być grzechem, taką matową folią szczelnie pokrywającą fabułę. Najokrutniejsze w swojej poprawności są jednak dialogi: nienaturalnie uprzejmi i grzeczni ludzie prowadzą dysputy używając wyszukanych zwrotów. Ten zabieg sprawia, że dialogi wydają się bardzo płaskie.

Pani Henryka i morderstwo

Orłowska zajrzała do środka. Na dębowym parkiecie koło biurka ustawionego pod oknem leżała na plecach w kałuży krwi Róża. Już na pierwszy rzut oka można było wywnioskować, że kałuża brała swój początek na prawej skroni dziewczyny. Pokojówka miała wytrzeszczone, nieporuszające się gałki oczne i uchylone usta. Całość wyglądała makabrycznie. Starszej pani zrobiło się niedobrze.

– Biedna dziewczyna – powiedziała, nie odrywając wzroku od potwornej sceny. – Moja droga, sprawdzałaś, czy ona żyje?

– Ja? Nie. Ja nie… ale czy to możliwe, żeby żyła? – zapytała zszokowana kobieta, dodając cicho: – Racja, lepiej sprawdzić, może jeszcze da się ją uratować.

To powiedziawszy, zebrała całą odwagę i podeszła do sprzątaczki. Przykucnęła przy niej i bez zbędnych ceregieli ujęła ją za przegub ręki. Przez chwilę trzymała go w dłoni, po czym powiedziała: – Nie czuję pulsu.

Kropla miodu na koniec

Polubiłam panią Henrykę i mimo wszystko jestem ciekawa, w co jeszcze ta energiczna emerytka może się wplątać. Mam nadzieję, że kochana autorka odstąpi jednak od angielskiej kalki, zaś powieści Agathy Christie będą dla niej zaledwie delikatną inspiracją, a kolejna książka będzie… bardziej kryminalna, może nawet ciut chropowata, jak na prawdziwy kryminał przystało. Chyba, że Katarzyna Gurnard zdecyduje się napisać powieść obyczajową, wtedy przeczytam bez nadmiernych oczekiwań. Zawsze daję kredyt zaufania, zatem jeśli trafię na inną pozycję pani Katarzyny, sięgnę po nią, żeby zaspokoić swoją upiorną ciekawość.

Niewykluczone, że i ja mam coś z pani Heni.

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here