„Dobra książka” to termin, którego definicja zmienia się wraz z wiekiem. Jak wiadomo, najbardziej wymagający są najmłodsi czytelnicy. Dziecko odbiera świat całym sobą, koniecznie musi wszystkiego dotknąć, sprawdzić, jaki dźwięk wydaje, posmakować. Naprzeciw tym wysokim wymaganiom wychodzi liberatura – literatura totalna, w której słowo jest tylko jednym z wielu znaczących elementów. Dziecko nie tylko słucha czytanych przez dorosłego słów, nie tylko ogląda ilustracje jak w tradycyjnych książkach dla najmłodszych, ale także dotyka stron, które mają różne faktury i kształty, a czasem nawet jest zachęcane do różnego typu aktywności włączających je w proces lektury.

Istnieje duża grupa książek dla najmłodszych, które bez przesady można nazwać interaktywnymi. Aby proces lektury przebiegał pomyślnie, wymagana jest aktywność dziecka: musi potrzeć stronę dłonią lub klasnąć w ręce, a wtedy opowiadana historia zmienia swój bieg. Rodzic, który ma w zanadrzu takie cuda, nie musi uciekać się do wyciągania tabletu (który swoją drogą jest kiepską zabawką dla dziecka przed trzecim rokiem życia).

Najmniejsze dzieci postrzegają świat holistycznie, całościowo, totalnie. Wymagają więc specyficznego podejścia. Proponowanie im od razu wielowątkowej historii mogłoby je zniechęcić do czytania, ponieważ jest poza ich zdolnościami percepcji. Interaktywne książeczki są znakomite na początek: aby nauczyć malucha obcowania z książką jako przedmiotem, aby ćwiczyć skupienie na jednej czynności, aby przyzwyczajać do epizodów wspólnego zaangażowania z dorosłym (opiekunem, rodzicem).

Mistrz gatunku

Bezkonkurencyjnym mistrzem gatunku jest Herve Tullet, francuski ilustrator, którego sława oraz książki dotarły także do Polski. O pierwszej z jego prac, Naciśnij mnie, usłyszałam w 2013 roku, kiedy zdobyła prestiżową nagrodę w konkursie Świat Przyjazny Dziecku zorganizowanym przez Komitet Ochrony Praw Dziecka. Bardzo chciałam się przekonać na własnej skórze, jak się czyta interaktywną książkę i… zawiodłam się. Ilustracje niezwykle proste – kolorowe kropki, większe i mniejsze; tekst – skąpy i zdawkowy, ograniczony do prostych poleceń typu „zaklaszcz w dłonie”. Nie porwała mnie. Jednak ja nie jestem już dzieckiem! Kiedy usiadłam do książki z trzyletnią Zosią, zmieniłam zdanie o tej pozycji. Zosia śmiała się, klaskała, pocierała kropki, nie mogła doczekać się tego, jaka niespodzianka czeka na nią na kolejnej stronie. Chciała, aby przeczytać jej tę książkę jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze… Chapeau bas!

Godne polecenia są wszystkie interaktywne książki Tulleta: Książka pełna dźwięków, Kolory, Figle migle, a także Książka z dziurą (naprawdę, w centrum książki jest gigantyczna dziura – zdziwisz się, co dziecko potrafi z nią zrobić!).

Dotknij mnie

Wartą uwagi pozycją dla najmłodszych czytelników jest seria Dotykanki wydawnictwa Olesjejuk. Sztywne kartki pozwalają dziecku na samodzielne przewracanie stron. Tu szkrab zachęcany jest do dotykania i zapoznawania się z różnymi fakturami, a przy okazji z kolorami, zwierzętami… Odkrywa na własnej skórze różnicę między gładkim a szorstkim, miękkim a twardym, błyszczącym a matowym. Nasycone kolorami ilustracje, duże, różnokształtne elementy z odmiennych materiałów, solidna tektura, krótkie, zabawne opisy – oto przepis na sukces!

Niestety, książeczki te są bardzo trudno dostępne i dość drogie. Z kolei tanią i powszechną alternatywą może być seria Dotykamy kolorów wydawnictwa YOYO. Należy jednak liczyć się z tym, że wraz z niższą ceną słabsza jest także jakość wykonania. Dużo cieńsze strony, które – o zgrozo! – rozwarstwiają się niekiedy, znacznie mniejszy format oraz obszary do dotykania na karcie. Jeśli więc uda się zakup oryginalnych Dotykanek – polecam z całego serca.

Pacynkowy teatrzyk

Kto powiedział, że karta w książce musi być płaska? A gdyby tak główny bohater zmaterializował się tuż przed dzieckiem i przedstawił swoją historię sam, gdyby dziecko mogło go dotknąć, pogłaskać, poślinić, ugryźć?

Z takimi bajecznie kolorowymi, trójwymiarowymi postaciami poznajemy się w serii wydawnictwa Wilga. Materiałowa pacynka, w którą dorosły może włożyć palec i odgrywać scenki na pewno przyciągnie uwagę dziecka. Jest obecna na wszystkich kartach, a dzięki zmieniającym się ilustracjom dookoła za każdym razem widzimy ją trochę inaczej. Przykładowo, w książce o gąsienicy na pierwszej stronie poznajemy małego robaczka, który przegryzł się przez zielony listek, a na końcu ten sam robaczek zamienia się w pięknego, kolorowego motyla. Nie jest to tylko tani chwyt marketingowy. Warstwa tekstowa też jest na wysokim poziomie: zabawna rymowana historia, autorstwa znanej i lubianej Urszuli Kozłowskiej, na każdej stronie dwuwers – wystarczająco długi, żeby zaciekawić, wystarczająco krótki, żeby nie znudzić. Znakomita czytanko-oglądanka!

Przesuwanki

Dotykowe ekrany tabletów robią wśród dzieci furorę, ponieważ są… hm, dotykowe. Fascynujące jest to, że bezpośredni kontakt ekranu z dłonią/palcem może wywołać od razu widoczne zmiany. Takie same (a pod pewnymi względami nawet lepsze) są książki z serii Przesuwanki wydawnictwa Publicat (Papilon). Na każdej tekturowej stronie zaprojektowano ruchome elementy. Dziecko wsuwa palec w dziurkę, przesuwa w górę lub w dół, w prawo lub w lewo i już na nocnym niebie wschodzi słońce, a w ciemnych oknach domów zapalają się światła.

Poczucie sprawczości powoduje, że taka książeczka może zająć dziecko na długie godziny, nawet bez osoby towarzyszącej. Oczywiście jest jeszcze warstwa tekstowa, tu znacznie okrojona, lecz przy tak dobrych ilustracjach schodzi na plan dalszy.

Pod jakimi względami taka przesuwanka jest lepsza od elektronicznej? Och, długo by wymieniać: bo można ją ślinić bezkarnie i brać do buzi (znakomita, gruba tektura), bo można badać grawitację i spuszczać ją ze stołu lub z krzesła, bo można w nią stukać i pukać różnymi przedmiotami, bo rozwija wyobraźnię i prowokuje do myślenia, bo nie naświetla oczu szkodliwym niebieskim światłem, bo nie emituje fal elektromagnetycznych, bo skłania do wspólnej aktywności dorosłego z dzieckiem, bo…

Kryminał dla dzieci

Jedną z pozycji, dla których ja i moja niespełna roczna córka straciłyśmy głowę, jest znakomita tekturowa książka Kto zjadł biedronkę? wydawnictwa Mamania. Oszałamiające kontrastowe ilustracje i przestrzenna budowa gwarantują, że dziecko skupi na niej swoją uwagę. Głównym elementem na każdej stronie są dziury – brzuchy różnych zwierząt, w których szukamy tytułowej biedronki: początkowo wielkie, stają się coraz mniejsze.

Książka zaciekawia: o ile dorosłego głównie za pierwszym razem, o tyle dziecko za każdym razem, gdy jest otwierana. Trzeba się trochę nagłowić, żeby odpowiedzieć na pytanie, kto zjadł biedronkę? Niedźwiedź, słoń, a może czarny ptak? Nie, to nie oni. Na końcu dowiadujemy się, że biedronka została zjedzona przez… no przecież nie mogę tego zdradzić.

 

***

Jest jeszcze bardzo wiele książek wartych uwagi, multisensorycznych, interaktywnych. Jedne wydają dźwięki, inne można dotykać, jeszcze inne zmuszają do aktywności fizycznej. Na pewno są ciekawszym rozwiązaniem niż podawanie dziecku elektronicznych zabawek, a cieszą i zajmują równie dobrze (lub nawet znacznie lepiej).

Często rodzice starszaków i nastolatków pytają, dlaczego ich dzieci nie są zainteresowane książkami, co zrobić, żeby zamiast telewizora czy komputera sięgnęły po lekturę. Jak głosi stare, mądre przysłowie: czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Jeśli od najmłodszych lat (nawet już w pierwszym roku życia) dziecko będzie obcowało z książkami odpowiednimi do swojego wieku i możliwości poznawczych, czytanie będzie dla niego zupełnie naturalną czynnością. Zacznie od interaktywnych, tekturowych czytanko-oglądanko-dotykanek, potem przyjdzie czas na klasykę: Kubusia Puchatka, Muminki, O czym szumią wierzby, a na końcu dzień bez przeczytania choćby kilku zdań, będzie dniem straconym. Drugim, równie istotnym czynnikiem jest modelowanie, które ma na dzieci dużo większy wpływ niż dyrektywy werbalne. Tu znowu mądrość ludowa: niedaleko pada jabłko od jabłoni. Dziecko codziennie widzące czytających rodziców samo będzie czytało.

A jakie są Wasze ulubione książki z dzieciństwa? Pamiętacie swoją pierwszą lekturę? Czy w Waszych rodzinnych domach były biblioteczki? Co w nich było?

 

Olga Ziółkowska

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here