Bombowa komedia kryminalna!”, „Przesycona humorem powieść z gatunku COSY CRIME, która nie pozwoli Ci się nudzić!” Takie slogany widnieją na okładce książki „Wioletka na tropie zbrodni” Katarzyny Gurnard. Ale czy mają one pokrycie w rzeczywistości?

Kryminalną fabułę rozpoczyna śledztwo w fabryce Słodziutka Babeczka, w której pracuje tytułowa bohaterka.

Z przestrachem śledziłam początek, gdyż myślałam, że to na tym wątku oparta jest cała powieść! Na szczęście nie! Pokazuje to nam tylko, jakim „detektywem” jest panna Koperek. W najdrobniejszych gestach, wydarzeniach wietrzy jakieś przestępstwo, co robi z niej bardzo głupiutką kobietkę, bo czy sprzedaż części samochodowej może świadczyć o wielkich przekrętach? Raczej nie, ale oczywiście w jej wyobrażeniach urasta to do rangi wielkich machlojek.

Główną osią historii jest przestępstwo, do którego doszło w bloku naprzeciwko.

Wioletka zauważa to i zamiast wezwać policję i podzielić się z nimi swoimi spostrzeżeniami, bierze sprawy w swoje ręce i sama chce rozwiązać zagadkę morderstwa. Zabiera się do tego bardzo poważnie – śledzi potencjalnego zabójcę, przeprowadza wywiady środowiskowe, przeszukuje mieszkanie ofiary. A czy jej się udaje? Musicie sami się przekonać!

(Nie)wiarygodność

Oczywiście w pewnym momencie książki dowiadujemy się, kim jest morderca. Niestety, nie jest on zbyt wiarygodny. Nic nie wskazywało na to, aby to mogła być ta osoba. Na dodatek powód dokonania przez tę osobę zbrodni jest po prostu niedorzeczny. Dla mnie ta postać nie ma w sobie nic, co by wskazywało,że mogłaby dokonać tak okrutnej zbrodni. Przez to fabuła jest jeszcze mniej zaskakująca. Ponadto sposób, w jaki doszło do zdemaskowania sprawcy wydarzył się bez większego przygotowania nas do tego, przez co wygląda to tak, jakby autorka stwierdziła, że to już czas kończyć powieść. Możliwe, że tak było, gdyż ile można czytać o wywiadach środowiskowych, czy tym, że Wioletka lubi się objadać.

Również to, że Wioletka zawsze jakimś dziwnym trafem ma szczęście i dostaje akurat to, czego potrzebuje, powoduje mały zgrzyt.

Przypomina jej się, że potrzebuje pracy – po chwili znajduje ogłoszenie na klatce schodowej i dostaje pracę. Potrzebuje włamać się do garażu – okazuje się, że przecież kiedyś pracowała w sklepie z narzędziami, przez co w odprawie dostała brzeszczot i łom, co idealnie pomoże jej w problemie. Przez to zazwyczaj wiemy, że bohaterka wyjdzie z każdej sytuacji obronną ręką, co nie jest zbyt dobre dla całej historii.

(Nie)śmieszność

Jako, że jest to powieść z gatunku komedii kryminalnej, powinniśmy spodziewać się mnóstwa gagów i zabawnych sytuacji. Czy Katarzyna Gurnard dostarcza nam tego? Nie do końca. Historia jest utrzymana w wesołym tonie, nie ma tam miejsca na grozę i strach, jednakże nie jest wcale pełna humoru. Jest miejscami przydługa, a niektóre zabawne wyrażenia są powtarzane, co wcale nie dodaje niczego śmiesznego do powieści. Oczywiście, jest to lekka lektura, jednakże na pewno nie uśmiejemy się przy niej tak, jak zapewniano nas na okładce.

Niestracony czas

Pomimo tego, że zabójca jest mało wiarygodny, a poziom zabawności powieści nie jest zbyt wysoki, to i tak mogę stwierdzić, że przeczytanie tej książki nie było czasem straconym. „Wioletka na tropie zbrodni” to idealna pozycja, by po ciężkim dniu zasiąść wieczorem w fotelu i troszkę się zrelaksować. Nie denerwuje swoją głupotą, czy beznadziejnymi postaciami, więc spokojnie można skończyć jej czytanie. Trzeba troszkę traktować perypetie pani detektyw wolontariusz z przymrużeniem oka, dzięki czemu lekturę książki koniec końców, będzie można uznać za całkiem przyjemną.

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here