Dziwne sytuacje z życia dziennikarza.

W życiu każdego z nas przychodzi moment, w którym postanawiamy spełnić jakieś swoje marzenie.

Jednym z moich była praca w gazecie. Spełniłam je w czerwcu tego roku. Czułam, że mogę się realizować. Poznałam wiele fantastycznych osób, dużo się nauczyłam, miałam okazję poruszyć pewne ważne społecznie tematy. Okazało się jednak, że praca z ludźmi bywa… zaskakująca. A przynajmniej moja bywała.

Pewnych zachowań innych osób nie da się przewidzieć. Nikt nas na nie nie przygotowuje, bo są nieprzewidywalne.

Ludzie bywają różni, tak samo jak ich zachowania. Nie sposób zgadnąć czym zostaniemy zaskoczeni. Praca dziennikarza opiera się kontakcie z wieloma osobami o różnych wartościach, charakterach, planach, środowiskach pochodzenia. Ludzie reagują inaczej i zachowują się w odmienny sposób. Taka praca to niesamowite studium osobowości ludzkich. Dlatego postanowiłam opisać kilka dziwnych sytuacji z życia dziennikarza.

Nie będę zdradzała żadnej z moich tajemnic zawodowych. Nie podam imion i nazwisk tych osób, pominę ich płeć.

Ale pewne sytuacje naprawdę zasługują na opisanie. Zwłaszcza, że nadal nie wszystkie rozumiem. Jedną z pierwszych dziwnych sytuacji jest ta: z zasady nie jeździłam do kogoś kilkadziesiąt kilometrów, kiedy ktoś odmawiał zdjęć (nawet bez pokazywania twarzy) i nagrywania rozmowy. Nie ma sensu jechać daleko po coś, co można dostać na Messengerze lub przez telefon. Raz zdarzyło się jednak, że ktoś nie poinformował mnie o swoich zakazach.

Na miejsce jechałam kilkadziesiąt kilometrów.

Przed miejscem umówionego spotkania stałam bez wieści dobre 20 minut. A kiedy zainteresowana osoba się pojawiła, okazało się, że jechałam na darmo. O zdjęciach nie było mowy, ani z twarzą, ani bez. Dyktafon także nie wchodził w grę. W dodatku połowa odpowiedzi na moje pytania została określona mianem ”Proszę o tym nie pisać”. Sądzę, że gdyby okroić rozmowę o te ”o tym nie pisać” spokojnie można by zmieścić resztę w dłuższej wiadomości na Messengerze. W tej, w której, ktoś, kto wiedział, że spotkania są w celu nagrywania rozmów i robienia zdjęć, poinformowałby mnie, że nie ma sensu jechać.

Często okazywało się jednak, że ludzie lubią się otworzyć i chcą pomóc. A potem oznajmić, że jednak zmieniają zasady.

Robiąc sondy uliczne od razu mówiłam, że potrzebna jest wypowiedź i zdjęcie. Niestety, wielokrotnie ktoś się zgadzał, udzielał mi odpowiedzi na pytanie i wypalał nagle ”Ale zdjęcie niech pani da kogoś innego.” Tak jakby każdy pan X chciał swoją twarzą sygnować wypowiedź pana Y. I tak jakby ludzie nie mogli od razu powiedzieć, że nie chcą. Chociaż z drugiej strony chyba wszyscy czasem potrzebujemy się komuś wygadać. No i przynajmniej chcieli pomóc.

Zdarzało się jednak, że ktoś nie chciał pomóc.

I nie chodzi mi tu o ludzi, którzy nie odpisywali, kiedy pytałam czy mogę napisać o ich jako o ludziach z pasją. Nie to nie. Nie ma sprawy. Chodzi konkretniej o absolutnie absurdalne zachowania, które prawie się nie zdarzają. Ale raz zdarzyły się mi. Osoba, która była umówiona na spotkanie w czwartek zadzwoniła oburzona w środę, że nie wiem jak idzie pisanie artykułu o jej sprawie i nie ma w tym momencie osoby, która się tym zajmuje. 

Fakt, że ta osoba była umówiona dzień później, ja nie czułam się upoważniona do grzebania w cudzym komputerze, a dziennikarze bardzo często są poza redakcją, nie bardzo obchodziły zainteresowaną postać.

Po zwyzywaniu mnie rozmowa telefoniczna została zakończona. Tak jakby było moją winą, że czwartkowe spotkania nigdy nie odbywają się w środy. Na szczęście, takie sytuacje zdarzały się bardzo rzadko. Zazwyczaj ludzie okazywali życzliwość i zrozumienie.

Choć były również momenty, gdzie to ja musiałam wydawać się niezorientowana.

Raz zdarzyło mi się przejechać ponad 100 kilometrów w dwie strony i wyjść na kogoś mocno niezorientowanego. Wszystko dlatego, że zgłosiłam się, by zrobić reportaż z rajdu. Nie sprawdziłam ile kilometrów jedzie się na miejsce i całą drogę byłam zdziwiona ile czasu już tam jadę. Gdy dojechałam kropił deszcz. Nie wiedzieć czemu, myślałam, że jeśli po drodze mijam grupy kilkudziesięciu rowerzystów, to dotrę na koniec rajdu i spokojnie zrobię wywiady.

Dotarłam na początek. Ci rowerzyści dopiero tam zmierzali.

A kiedy dojechałam nie wszyscy jeszcze dotarli. Za to ci, którzy byli na miejscu spieszyli się, żeby zdążyć zanim się rozpada. Zadowolona z siebie byłam pewna, że mam jakieś pół godziny na wywiad i zdjęcia. Miałam około dziesięciu minut na wszystko. Udało mi się porozmawiać z trzema osobami, po czym wszyscy odjechali. Wróciłam do domu lekko skołowana, bo podróż zajęła mi więcej czasu niż uczestnikom rajdu zbiórka…

Spotkałam się jeszcze z kilkoma dziwnymi zachowaniami, ale zostawię je na kiedy indziej albo po prostu dla siebie. Najważniejszy dla mnie jest fakt, że spełniłam moje marzenie, szlifowałam umiejętności…

dużo się nauczyłam, a z niektórymi osobami, o których pisałam utrzymuję relacje koleżeńskie do dziś. Naprawdę dobrze wspominam tamten czas, bo mimo kilku dziwnych sytuacji miałam okazję napisać o ludziach, którzy zasługują na docenienie i pisałam teksty o sprawach, o których naprawdę chciałam pisać. Jestem absolutnie wdzięczna za cały ten czas a te osobliwe momenty wspominam jako urozmaicenie. Przynajmniej jest o czym opowiadać.

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares