„Widziałam płaczące morderczynie”. O powstaniu książki, która poruszyła wielu rozmawiamy dziś z jej autorką, Darią Górką.

O swojej pierwszej książce „Aż do śmierci” opowiada nam Daria Górka. Absolwentka Dziennikarstwa i komunikacji społecznej oraz Dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim, od 2013 roku związana ze stacją TVN, reporterka magazynu „Czarno na białym” w TVN24. Laureatka nagrody im. Dariusza Kmiecika za najlepszy reportaż roku 2016. Górka zajmuje się głównie tematami społecznymi, uwielbia ludzi i ich historie, a także wyzwania i nieoczywiste tematy.

Skąd pomysł na powstanie tej książki?

Koncepcja powstała przez przypadek. Pierwszy raz z kobietą, której historia była podobna do tych opisanych w książce, spotkałam się podczas nagrywania wywiadu dla TVN24. Jej historia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Byłam wstrząśnięta tym, co przeszła i tym, że po latach cierpień zabiła. Mało tego – okazało się, że do zabójstwa doszło w moim rodzinnym mieście, w miejscu, które doskonale znałam. Ten temat za mną “chodził”. Wiedziałam, że muszę z nim coś zrobić. Chciałam przedstawić historie takich kobiet, pokazać jakie to dziwne, że wieloletnia ofiara przemocy staje się katem. Myślę, że sama chciałam zrozumieć, jak to jest możliwe. W moim domu nigdy nie było przemocy. Dostałam od rodziców, a później od męża, tak dużo miłości i bezpieczeństwa, jak to tylko możliwe. Sama wielokrotnie zastanawiałam się, co tak naprawdę “ciągnie” mnie do tego tematu. Dziś myślę, że być może ta książka miała powstać dla bardzo bliskiej mi osoby, która dopiero po jej ukazaniu przyznała, że sama wychowywała się w takiej rodzinie. W podobny sposób otworzyło się przede mną wiele osób. Mówią, że książka pozwoliła im się oczyścić.

Co Pani czuła podczas rozmów z kobietami, ofiarami przemocy domowej, które stały się winne?

Chciałam poznać historie ich życia jako człowiek i dziennikarz. Czasami miałam ochotę przytulić te kobiety i powiedzieć, że choć są w tak strasznym miejscu, to przynajmniej już nikt nie będzie ich bił. Innym razem czułam złość, chciałam nimi potrząsnąć i zapytać: “Kobieto, dlaczego dałaś to sobie robić? Co tobą kierowało?”. Te pytania rodzą się naturalnie, ale nie powinniśmy ich zadawać. Bardzo źle wpływają na osoby dotknięte przemocą, sprawiają, że znowu czują się oceniane i krzywdzone. Zamykają się w sobie.

Musiała Pani używać jakiegoś sposobu, aby kobiety opowiedziały swoje historie, czy robiły to raczej chętnie?

Sposobów musieli używać więzienni psychologowie i wychowawcy, którzy przekonywali je do rozmowy ze mną. Na tym polega specyfika umawiania rozmów z osadzonymi. Brak tu bezpośredniego kontaktu przed spotkaniem bezpośrednim, co jest dodatkowym utrudnieniem. Zaufanie zbudować trzeba szybko, ponieważ ma się tylko jedno widzenie. Na szczęście, gdy takie osoby już zgodzą się na rozmowę, chcą opowiedzieć swoją historię. Przeważnie mają w tym swój cel. Starają się, by ich życie posłużyło jako przestroga dla innych i by ta rozmowa była swoistą spowiedzią. Ja musiałam być empatycznym słuchaczem, “otwieraczem”. Kimś, kto tworzy bezpieczną przestrzeń do mówienia. Podobno te zdolności mam opanowane [uśmiech].

Jak długo zbierała Pani materiały?

Zaczęłam cztery lata temu. Najpierw przygotowywałam się merytorycznie, potem poznałam procedury dotyczące umawiania rozmów, a następnie odbywały się same rozmowy. Temu tematowi poświęciłam także pracę naukową na zakończenie studiów – Dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim, ta część znalazła się także w mojej pracy. To, żeby opublikować rozmowy w formie książkowego reportażu, dojrzewało we mnie jakiś czas. Pomysł zmaterializował się w ciągu ostatnich miesięcy. Wtedy też dopisywałam drugą część książki opartą na rozmowach z ekspertami. 

Czy pisanie książki w formie reportażu rządzi się swoimi prawami? Jeśli tak, to jakimi?

Nie ma tu miejsca na fałsz. Są prawdziwe historie, prawdziwi ludzie i ich emocje. Jest odpowiedzialność za to, by te osoby pozostały anonimowe; takie było ich życzenie. Na pierwszym planie jest prawda i żywy człowiek. To jest materia, z której powstaje reportaż i o tym trzeba pamiętać. 

Jakie to uczucie wydać książkę o tak trudnej tematyce?

Wiem, że czytanie tej książki sprawia ból, wskazuje błędy sytemu, odsłania naszą niewiedzę. Opisane w książce historie i przytoczone statystyki to wyrzut sumienia, a takich rzeczy nie czyta się łatwo. Po takie książki nie zawsze sięga się chętnie, zdaje sobie z tego sprawę. Ale chyba taka jest moja rola: pisać i mówić o tym, co trudne. Tylko w ten sposób można próbować zmieniać rzeczywistość, albo przynajmniej jej kawałek.

Jaki miała Pani cel portretując historie przemocy domowej dotykającej kobiety? To element walki ze złem i brakiem empatii wśród ludzi?

Chyba widzę siebie bardziej w roli edukatora. Moim celem jest pokazanie mechanizmów przemocy. Jestem przekonana, że zrozumienie ich pozwoli na lepszą skuteczność w pomaganiu osobom dotkniętym przemocą. Może jestem idealistką, ale wydaje mi się, że naprawdę jesteśmy empatyczni, tylko po prostu nie wiemy, jak pomóc takim osobom. Nie zdajemy sobie sprawy, jak trudno jest wyrwać się z „przemocowej” relacji. 

Chciałabym także, by po przeczytaniu tej książki choć jedna osoba, która obecnie jest w takim związku, przemyślała czy na pewno warto żyć w ten sposób.

Co najbardziej zapamiętała Pani z wizyt w więzieniu?

Gdy odwiedzałam zakłady karne, wciąż towarzyszyło mi wrażenie, że te zbrodnie są przeraźliwie przypadkowe, i że te kobiety kompletnie nie pasują do więziennej przestrzeni. Na ich miejscu mogłaby znaleźć się każda z nas. One nie planowały tego zrobić, nigdy nie były agresywne, kochały swoich partnerów. Całe życie były uległe, a jednak… To niewiarygodne i do dziś trudno mi zrozumieć ten dysonans. 

Która rozmowa była najtrudniejsza?

Wszystkie były na swój sposób trudne emocjonalnie. Najbardziej poruszyła mnie ta, w której Marta opowiada, że zabiła po trzydziestu siedmiu latach. Przeliczam to w książce na dni i godziny. 13 505 dni, 324 120 godzin. Tyle trwało jej piekło. Jej historia była przerażająca, a ona sama przypominała mi moją babcie. Dawała się katować przez 37 lat. Czy my potrafimy w ogóle sobie to wyobrazić? Niesamowicie trudno było wrócić po tej rozmowie do porządku dziennego. 

Jak wyglądał proces wydawania tej książki?

Do kilku wydawnictw wysłałam właściwie gotową książkę. Wydawnictwo Kobiece, z którym obecnie współpracuję, odpisało, że jest zainteresowane jej wydaniem po niecałych dwóch godzinach. Przetarłam oczy ze zdumienia, ale to była prawda. Okazało się, że właśnie planowali powstanie nowej marki wydawniczej publikującej zaangażowaną literaturę faktu i moja propozycja idealnie wpasowała się w ich plany. Szybko przeszliśmy do ustalania konkretów. 

Czy ma Pani jakieś plany na przyszłość, związane z wydaniem kolejnej książki? Może Pani coś zdradzić?

Mąż mówi mi, żebym zostawiła trudne tematy, ale ja chyba nie potrafię. Być może stworzona jestem właśnie do takich. Kolejny trudny i bolesny temat mam już w głowie. 

Jest Pani zawodowo dziennikarką. Czy zawód, jaki Pani wykonuje, pomógł w pisaniu książki? W jaki sposób?

Dziennikarstwo to grupa krwi, to nie tylko mój zawód. Dziennikarzem się jest albo nie jest nim wcale. Jestem dziennikarką cały czas, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Tę książkę też napisałam jako dziennikarka, czyli ktoś, kto patrzy na świat nie tylko dla siebie, ale jest też oczami i uszami dla innych. Poznałam te historie i uznałam, że warto przekazać je dalej, by trafiły do szerszej grupy odbiorców. 

Dziękuję bardzo za rozmowę!

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares