Partnerstwo w związku to temat – rzeka o wielu niebezpiecznych meandrach, pełna ostrych kamieni atakujących dna łodzi. A ja płynę po niej na materacu. Ów niestabilny środek lokomocji jest jedynie wyrazem mojej pokory wobec tego podstępnego tematu, na którym nie jeden raz połamałam sobie palce.

Oczywiście, że mam swoją wizję partnerstwa i oczywiste jest, że nigdy nie umiałam wprowadzić jej w życie.

Powód był bardzo prozaiczny – rozkładałam swój związek na czynniki pierwsze, ale nie podczas jego trwania, lecz po długim okresie od jego zakończenia. Odczekałam aż opadnie „pył po bitwie”, aż wszystkie kotłujące się emocje zaczną zmieniać kolory od czerwonego gniewu, po szarą apatię i czarną rozpacz, aż do bieli zrozumienia, by zakończyć się zielenią nadziei, że jeszcze wszystko można zmienić. W fazie szukania wytłumaczenia przyglądałam się bacznie (i nie oszukujmy się – krytycznie) nie tylko partnerowi (byłemu) ale przede wszystkim sobie. Jak łatwo się domyśleć wynik obserwacji był zatrważający.

Wiecie na czym polega problem?

Przede wszystkim na chęci zagarnięcia dla siebie tej „większej” połowy naszego związku. Podczas nieustającej walki (która owszem, czasami prowadzona jest w białych rękawiczkach) o dominację gubimy z oczu cel, którym nie jesteśmy wyłącznie my sami, ale my i nasi partnerzy. Zupełnie jakbyśmy nie chcieli pojmować NAS jako całości, jakbyśmy wciąż dzielili się na ja i on/ona. Tak, wiem i zgadzam się, że dla zdrowia związku powinniśmy uprawiać swoje własne poletka i dbać o tę naszą bardzo prywatną autonomię i czasami na mgnienie oka nie wpuszczać tam nikogo, z ukochaną osobą na czele. Czasami. Pamiętać jednak należy, że jest to śliski grunt i jeden nierozważny krok może doprowadzić do tego, że zakleszczymy się i odizolujemy od naszych bliskich. Tłumaczymy się nawałem codziennych obowiązków, problemami w pracy, utarczką z szefem, matką, nieprzyjemną sklepową i kimkolwiek, kto nam w danej chwili popsuł nastrój. I wracamy do domu podminowani, ledwo zauważając, że jest tam ktoś, kto czekał na nas cały dzień. Pod prysznicem zrzucamy z siebie brud dnia, jemy obiad i oddajemy się odpoczynkowi, starannie zamykając mentalne drzwi przed partnerem.

Bo przecież nam się należy.

Niektórzy rzucają się na kanapę z pilotem w ręku, niektórzy wychodzą na spacer, byle tylko pobyć samemu, niektórzy szyją albo malują, albo idą do pubu. To jest całkiem zrozumiałe, niechże tylko takie rytuały nie staną się codziennością; nie pięć dni w tygodniu, nie cztery tygodnie w miesiącu. Musimy mieć czas dla siebie nawzajem i musimy robić wszystko, aby ten czas spędzać szczęśliwie. Życie nie kręci się wokół pracy i rozmów o pracy, tak jak nie wszystko kręci się wokół dzieci. Jesteśmy do diabła, jeszcze my, dorośli! Nam też brakuje głaskania i ciepłego słowa. Tulenia i troski. Współczucia i dotykania. Kiedy jest się w związku trzeba się wyzbyć egoizmu i na pamięć, w sercu, wykuć znaczenie słowa kompromis. Co nam da, jeśli non stop będziemy stawiać na swoim przy jednoczesnym zamykaniu uszu na potrzeby partnera? Dokąd nas taka postawa zaprowadzi?

„Ma być tak, jak ja chcę”

Bo co? Jestem mądrzejsza? Bardziej doświadczona? Bo tylko mój światopogląd jest jedynie słuszny? A guzik prawda. Jeśli nie otworzymy się na innych, a szczególnie na tych których kochamy, stracimy ich szacunek. A co, jeśli nie szacunek jest podstawą udanego związku? Miłość to tylko maleńki czubek góry lodowej, której cała potęga kryje się pod powierzchnią oceanu. Miłość prędzej czy później stopnieje, ale szacunek i przyjaźń pomogą nam osiągnąć wiele dobrego. Mam tu także na myśli odzywanie się do siebie z szacunkiem, nawet gdy prowadzimy nasze podjazdowe wojenki – bez używania epitetów, obrażania porównywaniem z osobami, z którymi nasz partner nie chce być porównywany. „Jesteś jak twoja matka”. „A ty jesteś jak ten moczymorda z dziesiątego, tak samo głupi i obrzydliwy”. Przyznaję z bólem, że trudno przychodzi mi powściąganie emocji, które raz wylane płyną cuchnącą rzeką i zatruwają atmosferę. Dobrze jednak zdawać sobie sprawę z naszych słanych punktów i koncentrować uwagę na tym, aby jak najrzadziej dochodziły do głosu.

Ciężka harówka? Wiem

Nie robienie rzeczy i nie zachowywanie się w sposób, który wyraźnie drażni naszego partnera jest już fajnym zaczątkiem do poprawienia nie tylko relacji między nami, ale także siebie samych. Szlifowanie negatywnych cech do gładkości, aż staną się zupełnie nieszkodliwe i nikogo nie pokaleczą. Marzę o takim zen, lecz wciąż jeszcze jestem w fazie przepoczwarzania. Być może całe teoretyzowanie o partnerstwie idealnym sprowadza się do kilku prostych założeń:

Miejmy zawsze i bez względu na okoliczności czas dla siebie

W epoce wariackiego życia i nieustającej pogoni za pieniędzmi i karierą, wplecionymi w wieczne spełnianie czyiś oczekiwań bądźmy sobą dla siebie. Szczególnie w tych małych momentach, kiedy możemy zapomnieć o wszystkim i tak zwyczajnie, po ludzku nacieszyć się naszą wzajemną obecnością.

Nauczmy się siebie słuchać, a nie tylko słyszeć

To bardzo ważne. Nawet jeśli partner po raz dziesiąty powtarza to samo, albo mówi nam o czymś, o czym nie mamy fioletowego pojęcia – słuchajmy. To też człowiek i musi się wygadać.

Bądźmy cierpliwi i tolerancyjni

Nie czarujmy się, nikt nie jest idealny. Są tacy, którzy obgryzają paznokcie, albo dłubią w nosie. Są tacy, którzy śmieją się hałaśliwie, albo opowiadają niesmaczne dowcipy w towarzystwie. Albo tacy, którzy chcą wmówić, że są w stanie agonalnym, kiedy dopadnie ich katar. Traktujmy to z przymrużeniem oka, nie szukając ciągłej pożywki dla swojej irytacji. Nie można niszczyć człowieka tylko dlatego, że rozrzuca ciuchy po pokoju, albo siorbie gorącą zupę. Przyjrzyjmy się sobie i zastanówmy, czy my jesteśmy wzorcami do naśladowania. Nie? No właśnie.

Nie szczędźmy sobie słodkich słówek

Nie ma nic wstydliwego w okazywaniu sobie czułości. Nasza intymność jest ważnym spoiwem i osoby postronne nie mają nic do tego.

Szanujmy się

To, oczywiście, podstawa. Bez tego będziemy tylko dwojgiem ludzi, którzy, tak się złożyło, że mieszkają pod jednym dachem.

Róbmy dużo rzeczy wspólnie

Mogą to być nawet głupie zakupy, czy wizyta u dentysty. Wspaniale jest, kiedy pozwolimy się zarazić partnerowi jego pasją, choć podchodzimy do niej jak pies do jeża. Przynajmniej próbujmy.

Dzielmy się obowiązkami

Wiem, to drażliwy punkt szczególnie dla panów. Zakładając sytuację, w której i on i ona chodzą regularnie do pracy, byłoby miło, gdyby ona np. gotowała a on zmywał po obiedzie. Kiedy ona sprząta, on odrabia lekcje z dziećmi, albo kiedy ona prasuje, pierze itd. partner zabiera dzieciaki z domu i gra z nimi w piłkę, albo jadą na wycieczkę rowerową, cokolwiek. Takie niby nic, a niektórym przychodzi tak strasznie trudno. A co jeśli kobieta siedzi w domu, a na partnerze leży obowiązek utrzymania rodziny? Kochani panowie – to nie jest tak, że jeśli wasza partnerka nie wychodzi codziennie do pracy i nie otrzymuje żadnego wynagrodzenia, nie znaczy że przez cały dzień leży i pachnie. Przyszło wam kiedyś do głowy, że wasze kobiety mogą być takim stanem rzeczy potwornie sfrustrowane i przygnębione? Zwróciliście kiedyś uwagę, że wracacie do czystego domu, gdzie czeka na was ciepły obiad, pełna lodówka, świeżo wyprane i wyprasowane ubrania, pachnące ręczniki w łazience itd.? To się nie dzieje samo. To są praco- i czasochłonne obowiązki i byłoby wspaniale, gdybyście zdobyli się chociaż na wyrzucenie śmieci, albo wyprowadzenia psa na spacer, bo to już są drobiazgi.

Cieszmy się z tego, że jesteśmy razem.

Tak po prostu…

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

2 KOMENTARZE

    • Ależ oczywiście pani Agnieszko, wszak związek to tandem i nie może się starać tylko jedna osoba 😉 Pozdrawiam serdecznie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here