“Śmieszne kotki obejrzysz później!” – o pisaniu, słuchaniu, patrzeniu oraz… mówieniu do siebie, czyli rozmowa z Magdaleną Czmochowską

Magdalena Czmochowska, autorka “Cholernej książki”, pierwsza w ekipie Bookniętych pisarka o niezwykle charakterystycznym poczuciu humoru. Kobieta o złotym sercu, mama dwóch wspaniałych chłopców, opiekunka dość figlarnej kotki. Zdolna, ciekawa świata emocji, z rozmachem opisująca zaobserwowane wnikliwie, z pozoru “zwykłe’ sytuacje. W tym roku ukazała się jej pierwsza książka, ale Magdalena (w ekipie Bookniętych nazywana Madzią) jest pracowita i mocno twórcza, dlatego też na ujrzenie światła dziennego, czeka jej kilka kolejnych powieści.

Na początku listopada ukazała się Twoja pierwsza książka, „Cholerna książka”. Pytanie może banalne, ale co skłoniło Cię do jej napisania?

Odpowiem tak: nie co, ale kto! Przyjaciele i znajomi od dawna mówili mi: „Musisz napisać książkę!”. Rzecz jasna pukałam się w głowę, bo z czym do ludzi? Owszem, pisałam chyba od zawsze, ale do szuflady. Jakieś bajki dla dzieci, opowiadania i, rzecz jasna, pamiętnik. Wszyscy, którym zdarzyło się czytać moje wypociny, nagle i gremialnie zaczęli nakłaniać mnie do pisania. I poszło! Wzięłam się za książkę dla świętego spokoju i dlatego, że złożyłam im obietnicę, a ja nie lubię rzucać słów na wiatr.

Dlaczego taki tytuł? Jak na niego zareagowało wydawnictwo?

Ha! „Cholerna książka” to tytuł, który niejako zakorzenił się we mnie jeszcze zanim wzięłam się za pisanie. Po tych wszystkich: „Musisz napisać książkę” i „Pisz, dziewczyno, pisz”, odhuknęłam ze złością: „Dobra, kurde! Napiszę tę cholerną książkę!”. Za każdym razem jak wysyłałam manuskrypt powieści do wydawnictw, zaznaczałam, że jest to tylko tytuł roboczy, bo przecież chyba jest za głupi, żeby stanowić ten właściwy, czyż nie? Zmieniłam nawet (ale nie powiem na jaki) i szybko zaczęłam tego żałować, bo ów zmieniony tytuł miał się nijak do zawartości książki. Zaś wydawnictwo zareagowało bardzo przychylnie i chyba nawet z rozbawieniem. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Jak długo trwała praca nad „Cholerną książką”? Pisałaś ją regularnie, dzień po dniu, czy może zrywami pod wpływem natchnienia?

Hmm… niechże sobie przypomnę: pisałam codziennie, z entuzjazmem i uśmiechem na ustach. Chyba nigdy nie byłam na nic tak nakręcona, jak wtedy na pisanie! (Zresztą to „nakręcenie” utrzymuje się cały czas, bo jestem niemal na finiszu szóstej książki). Rzecz jasna, a wiedzą to ci, którzy piszą, wena potrafi być bardzo narowista, ale ważne jest to, żeby utrzymać się w rutynie. Kiedy jest wena, można napisać i dziesięć stron ciurkiem. Kiedy jej brakuje, warto się zmotywować, zmusić do nabazgrolenia choć kilkunastu zdań. Bo potem może okazać się, że właśnie te napisane od niechcenia zdania były dla fabuły kluczowe. Pisanie „Cholernej książki” pochłonęło mnie bez reszty i zajęło piękne pół roku życia.

Czy doświadczyłaś tego stanu, gdy kreowane przez Ciebie postaci wymknęły Ci się spod kontroli i zaczęły żyć własnym, literackim życiem?

Tak (śmiech)! I to był dla mnie szok. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że lubię gadać sama do siebie. Nie ukrywam, że lubię się w ten sposób motywować („No dalej, stara ruro, pisz!), chwalić („Jesteś mistrzem pióra. Jeszcze dwie strony i dostaniesz pączka”), i ochrzaniać „Ruchy, ruchy! Przebieraj tymi paluchami po klawiaturze! Śmieszne kotki obejrzysz później”). A wspominam o tym, bo podczas pisania, kiedy już każda z postaci pokazała swój charakterek i osobowość, oraz zaczęła żyć swoim własnym życiem, zaczęłam przemawiać głośno do monitora: „Przestań. Co ty wyprawiasz? Możesz się tak nie zachowywać? Przecież ja to zaplanowałam inaczej!”. Ale skłamałabym, gdybym rzekła, że tego nie lubię. Wręcz przeciwnie, to chyba mój ulubiony moment z całego procesu twórczego.

Czy utożsamiasz się z którąś z postaci z Twojej powieści? A może przywiązałaś się szczególnie do którejś z nich?

Wstyd się przyznać, ale utożsamiam się z Maryśką, bo jestem tak samo zakręcona jak ona. Nie ukrywam, bo pewnie to i tak wyjdzie na jaw, że użyczyłam jej dużo z siebie. Chyba przede wszystkim tego zamyślenia, naiwności, tendencji do robienia głupich rzeczy i podejmowania nieprzemyślanych decyzji. Ale najbardziej ze wszystkich kocham gangstera Krystiana. „Urodził się” dzięki mojemu przyjacielowi Pawłowi podczas jednego z naszych spotkań. Mieliśmy dziki ubaw z wymyślania życiorysu, zachowania i wyglądu Krystiana. Mam nadzieję, że czytelniczki i czytelnicy polubią go równie mocno, jak lubię go ja.

Piszesz właściwie cały czas, wiem, że masz gotowe kolejne powieści, napisałaś też bajki dla dzieci. Co pisze się łatwiej? Kto jest według Ciebie bardziej wymagającym odbiorcą czytelnikiem?

Oj. To trudne pytanie. Jedynymi odbiorcami moich bajek byli tylko moi synowie i to dawno, dawno temu, w odległej galaktyce. Jednakże muszę przyznać, że bajki czytane przed snem wzbudzały ich zainteresowanie do tego stopnia, że przepytywani o szczegóły na drugi dzień, potrafili wymienić je bez problemu. Nie jestem w stanie określić, jak bardzo wymagającym odbiorcą jest dziecko. Jednak wiem, że pisząc dla dzieci, nie wolno robić tego po łebkach. Wszak dobrze napisana bajka czy powieść dla maluchów może zdecydować o ich późniejszym uwielbieniu bądź zniechęceniu do czytania. Natomiast dorośli są bardziej krytyczni, wyłapują wszystkie niuanse (co jest oczywiste). Jednak i tak wolę pisać dla dorosłych, poruszać się po bliskich mi tematach.

Co jest najtrudniejsze w pisaniu powieści? Na co trzeba zwrócić uwagę, czego dopilnować, kiedy warto postawić na swoim, a kiedy posłuchać rad z wydawnictwa? No i przede wszystkim, skąd bierzesz „materiał” pomysłowy na powieści?

Najtrudniej chyba jest po prostu zacząć. Ja miałam poważny dylemat i jakieś durne poczucie wstydu, że przecież nie dam rady, nie umiem, bo ja to tylko tak do szuflady pisałam. Na co zwracać uwagę? Chyba przede wszystkim na to, żeby pisać lekko, od serca, żeby zostawiać kawałek siebie i nie oszukiwać czytelnika. Jedno z wydawnictw, do których wysłałam manuskrypt, po pierwszym zachwycie powiedziało mi wprost, że muszę w „Cholernej…” pozmieniać niemal wszystko. Że za dużo postaci (ekhmm, George R.R. Martin rżałby jak koń, gdyby mu to ktoś zasugerował), za dużo sitcomowego humoru i gagów. Że powinnam napisać książkę w innym stylu, takim pełnym eskapizmu i „good feelingu”. A następnie padły nazwiska kilku polskich autorek. Przyznam, że szlag mnie trafił (śmiech). Jeśli miałabym z mojego pisania uczynić kalkę innych powieści, wolałabym urwać sobie głowę i ją zjeść. A skąd czerpię materiał? Ze wszystkiego. Z słuchania opowieści, z obserwowania ludzi. Kamień leżący na chodniku też może być piękną inspiracją.

Kiedy nie piszesz, czytasz. Kogo najchętniej?

Temat rzeka. Czytam cały czas. Najchętniej sięgam po kryminały, którymi dawno temu zaraziła mnie moja, świętej pamięci, mama. I może to taki mały hołd dla niej? Odkąd zachłysnęłam się trylogią Millenium, nabrałam ogromnego zaufania do skandynawskich autorów. Uwielbiam Jo Nesbø i Camilę Läckberg. Serię o Lipowie Katarzyny Puzyńskiej wręcz połknęłam i tak samo dzieje się z książkami Katarzyny Bondy, że nie wspomnę o pentalogii z komisarzem Forstem Remigiusza Mroza. Uwielbiam Jakuba Żulczyka, jego „Wzgórze psów” postawiło mi wszystkie włosy na rękach. Kto jeszcze? Obowiązkowo i bezapelacyjnie Wojciech Chmielarz. Poza tematyką kryminalną sięgam po ukochaną „Anię z Zielonego Wzgórza”, po słodkie powieści Fannie Flagg, po Margaret Atwood.  Jednakże moim odkryciem roku jest obłędna Nino Haratischwili. Obawiam się, że jej „Kotka i generał” zajmie pierwsze miejsce w moim prywatnym rocznym podsumowaniu. Ryczałam jak dziecko podczas lektury „Książki, której nie ma” Santiago Pajaresa. I „Zwierząt nocy” Austina Wrighta. I „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro. Jeśli zaś chodzi o ulubione książki, to może umówimy się na osobny wywiad, co?

A kiedy nie piszesz i nie czytasz, to…

Ale ja zawsze albo piszę, albo czytam! (śmiech). W chwilach, kiedy zdarza mi się jednak tego nie robić, chwytam za gary, albo nurzając się w lenistwie, oglądam jakiś wciągający serial. Gotowanie bardzo mnie relaksuje. I nie chwalę się, ale zawsze upichcę coś z niczego, zatem mogę śmiało przyznać, że stosuję w kuchni zasadę „zero waste”. Rzecz jasna podczas siekania, krojenia, mieszania i doprawiania, już myślę o fabule kolejnej książki, już układam w głowie dialogi. Dlatego zawsze mam przy sobie notes. Jak wspomniałam; nie wzgardzę dobrym serialem, a jestem fanką „Gry o Tron”, więc pierwsze trzy sezony obejrzałam dwukrotnie, a co!

Ukończyłaś Akademię Sztuk Pięknych w Łodzi, ale nie pracujesz w „zawodzie”. Chcę jednak zapytać, czy zamierzasz wrócić do malowania? Chociażby w przerwie między jedną powieścią a drugą?

Nie. Ten temat umarł śmiercią naturalną. Co prawda mam w domu sztalugę, terpentynę i nawet jakieś farby, to zupełnie nie ciągnie mnie do malowania. Zresztą zawsze wolałam robić kolaże; z pozornie niepasujących do siebie elementów tworzyć spójną całość o zupełnie innej wymowie. Czasami zdarzy mi się jakiś kolaż „popełnić”, ale nawet i tego unikam. Nie chciałoby mi się zawalać całej podłogi gazetami, gdzie na klęczkach i to nożyczkami do paznokci, wycinałabym z nich potrzebne elementy. Chyba się rozleniwiłam. Albo przepchnęłam całą energię w pisanie.

Czy czujesz się pisarką?

Dobrze, że o to pytasz. Nawet zastanawiałam się ostatnio nad tym, czy mogę już pretendować do miana pisarki, skoro wydałam raptem jedną książkę. Ale… piszę. Wciąż piszę i chyba nigdy nie przestanę. Znalazłam w końcu swoją niszę, swoją Narnię, coś, czemu chcę się poświęcić bez reszty. Czy czuję się pisarką? Cholera, tak! (śmiech). Przecież muszę jakoś siebie definiować. Jestem kobietą, matką, więc czemu nie pisarką? I może już czas wyjąć głowę z piasku, przestać myśleć, że „nie dam rady, nie umiem, inni są lepsi”? Ejże, napisałam książkę! Tak. Czuję się pisarką na sto procent.

Co Cię inspiruje?

Jak już wspominałam: wszystko. Od rozmowy z przyjaciółką na messengerze, przez chmurę o nietypowym kształcie, po film dokumentalny. Kiedyś przed Tesco natknęłam się na nietuzinkową postać; starszą panią w kurtce uszytej z… pluszowych miśków. Gapiłam się na nią bezwstydnie, a mój mózg już przetwarzał informacje. Po powrocie do domu zaczęłam układać konspekt nowej książki i w ciągu niespełna czterech miesięcy napisałam… no właśnie, co ja napisałam? Chyba thriller fantasy (śmiech). I w tymże thrillerze motyw staruszki i misia jest wiodący. Ale ciii, nic już więcej nie zdradzę. Czasami wystarczy mi podsłuchana niechcący rozmowa w sklepie, wycinek dialogu, dziecięcy bucik leżący przy śmietniku, czy moje własne doświadczenia, żebym zaczęła odczuwać to charakterystyczne swędzenie w palcach. A jak już się pojawi, to nie ma zmiłuj – muszę pisać.

Kogo podziwiasz?

Och, wszystkich tych, którzy są szczęśliwymi posiadaczami chłodnych, analitycznych umysłów i nie robią nic pod wpływem emocji. Chciałabym tak. Chciałabym rozumieć matematykę, kwestie podatkowe, geopolitykę i znać kilka języków. Zatem najbardziej podziwiam poliglotów, świętej pamięci Johna Nasha i ludzi, którzy naprawdę rozumieją, co się dzieje z tym światem. Podziwiam pisarzy. Katarzynę Bondę za jej wnikliwy zmysł researchera, Dana Browna za chyba najbardziej realistyczne i teoretycznie możliwe przedstawienie koncepcji Marii Magdaleny („Kod Da Vinci” też uwielbiam). Podziwiam ludzi gór, ich chęć do pokonywania swoich ograniczeń, pasję. Podziwiam moich synów za to, że zachowali jako taką normalność mieszkając ze mną pod jednym dachem.

Komu zawdzięczasz zamiłowanie do książek?

Jakkolwiek bałwochwalczo to nie zabrzmi, zawdzięczam sobie. I mamie. Kiedy byłam mała, wszystkie czytanki z elementarza czytałam od razu, nie czekając na początek roku szkolnego. Mama zapisała mnie do biblioteki dziecięcej i bęc, przepadłam! Ona podsunęła mi narzędzie, a ja z niego skorzystałam. Pochłaniałam książki na kilogramy chyba. Pamięć płata mi figle i od lat bezskutecznie poszukuję książeczki ze, zdaje się, dość mrocznymi ilustracjami „Pan zając w Krainie Parasoli”. Chyba. Rzecz jasna taki tytuł nie pokazuje się w wynikach wyszukiwania, więc pewnie z moją pamięcią jest gorzej, niż mi się radośnie wydawało.

Czego po prostu nie znosisz? Co Cię irytuje w zachowaniach ludzi?

Staram się zachowywać dystans do wielu osób, spraw i okoliczności. Irytują mnie internetowe znajomości. Niektóre, rzecz jasna. Ci wszyscy podrywacze, którzy nie potrafią sklecić sensownie dwóch zdań, startując z pułapu „Co porabiasz?” bądź „Co u cb?” i na nim pozostając. Irytuje mnie niemożebnie, ale chyba jeszcze bardziej smuci, pieniactwo; ta wojna polityczna, niepotrzebna, głupia. Ten podział na Polskę prawicową i lewicową. Chyba po prostu irytuje mnie polityka, aczkolwiek staram się być na bieżąco. Irytują mnie kiepskie książki, złe filmy, hałaśliwi ludzie o nadmuchanym ego. Jednakże staram się nie poddawać tej irytacji, bo zależy mi na swoim zdrowiu psychicznym. Dlatego odcinam się od tego, co mnie denerwuje, uciekam (jeśli tylko mogę) od tego co mnie boli. Nie znoszę megalomanii, bo zazwyczaj stoi za nią pustka, a nie realne osiągnięcia.

Jeśli mogłabyś coś zmienić w „urządzaniu” świata, co by to było?

„Urządzanie” świata wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, nie sądzę zatem, żebym mogła podsunąć komukolwiek jakiś pomysł. Ale gdybym mogła mieć wpływ na cokolwiek, cofnęłabym nas w czasie do roku, w którym zaczęto masowo produkować plastik. Serce mi pęka, kiedy widzę raporty o stanie zanieczyszczenia oceanów. Co myśmy sobie zrobili? Sobie i następnym pokoleniom? A wojny, broń masowego rażenia? Ja wiem, że to nie kraina Oz, a my nie odejdziemy wyszczerzeni ze szczęścia w kierunku zachodzącego słońca, wiem… Jednak wolałabym, żeby tego po prostu nie było. Mogłabym też pomarzyć o zmianie toku myślenia ludzi. Może żeby było mniej beztroskie, a bardziej świadome? Żeby, choć jesteśmy tu na chwilę, czuć i zachowywać się tak, jakby miała to być wieczność? Może wtedy rozbudziłaby się w nas większa odpowiedzialność za siebie, drugiego człowieka, świat w którym żyjemy?

Twoje największe marzenie?

Nie powiem, bo się nie spełni (śmiech). Mam kilka małych, przyziemnych marzeń i jedno takie konkretne, wielkie. Ach, no i to najważniejsze już spełniłam – wydałam książkę! To mnie nauczyło, że marzenie naprawdę może być celem do osiągnięcia, a nie pozostającą wyłącznie w wyobraźni mrzonką. Nauczyłam się też, żeby głośno o marzeniach nie mówić, tylko robić konsekwentnie swoje. Wszak fajne rzeczy rodzą się i w ciszy. Ale dobrze, jedno zdradzę – bardzo chciałabym mieć niebieskie, metaliczne martensy (śmiech).

Co wnosi w Twoje życie tworzenie strony booknieci.pl oraz praca z ekipą Bookniętych?

Oj jeny! Booknięci to dla mnie drugi dom, taki wirtualny dom. Najlepsza pod słońcem ekipa pasjonatów książek i wszelakiego słowa pisanego. Ekipa nie tylko przypadkowych wielbicieli powieści, ale śmiało mogę rzec, że przyjaciół. Ludzi, którzy mają mnóstwo fantastycznych pomysłów, ludzi ambitnych i z takim poczuciem humoru, że można bok urwać czasami. Wśród Bookniętych czuję się częścią bardzo integralnej całości i to jest baaaardzo miłe uczucie!

 Dziękuję za rozmowę

5.00 avg. rating (99% score) - 4 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares