Po(d)stęp cywilizacyjny w poezji i emocjach

No to jedziemy z tym światem, znaczy ja jadę. Skoro tekst powstaje w erze rewolucji procesorów, to najlepiej szybko – od końca. No i na tym może skończyć.

Ostatecznie, to ja nie piszę, nie maluję i nie rysuję. Ja tylko sobie myślę i czuję. A jak sobie myślę to znaczy, że jestem.
No to jestem – zgodnie z pomysłami Pana Descartes’a.

Strach robić cokolwiek, zwłaszcza, że wiem, że nic nie wiem.
Jak zacznę cokolwiek, to mogą uchwalić dekret o piciu cykuty na pusty żołądek.
Na szczęście żaden ze mnie Sokrates.
Na tym powinno się zakończyć, ale się nie zakończy.

Pogaworzymy dzisiaj o poezji, emocjach i innych takich “bzdurach”.

Poezja – jak ktoś nie wie co to, może u wujka sprawdzić. Wiki pokaże wyniki.
Tylko, że poezja to nie jest silnik spalinowy, który można rozebrać i każdą część dokładnie opisać. To tak nie działa.
Poezja to miłość, ptaki, tęcza, krew, łzy  i zepsuty silnik parowy.
Jak ktoś uczciwie się zajmie tematem, to stworzy pieśń nad pieśniami.
Tak to mniej więcej brzmi: „ mm mmm m mmm!” i koniec.
Więcej w tym treści niż w Bibliotece Kongresu.

W malarstwie dziełem wszech czasów jest biała plama ( czarna też dobra, ale trochę pretensjonalna). W muzyce cisza i ultradźwięki. Świat idealny. Tyle, że żyjemy w zwykłym świecie i moje pomysły jeszcze nie działają. Pożyjemy, zobaczymy.

Twórczość (artysty), do kogo trafia? Na podatny, czy niepodatny grunt?
Nigdzie nie trafia bo artysta to nie snajper, ani cyngiel Kartelu z Medellin.
Z gruntem też śliska sprawa, zwłaszcza w błocie pośniegowym.
Tę sprawę uważam za zamkniętą.

Może teraz o naszym nowym świecie Władców Krzemowej Doliny. Władcą Skalnej był Grizzly King, jak to opisał Curwood w swoim notatniku ( trochę historii nikomu nie zaszkodzi). To co z tym naszym krzemowym światem?

Wszystko fajnie. Szybko, szybciej. Dużo, więcej. Z tym szybko to nie mam wielkiego problemu, bo sam lubię szybkie samochody. Gorzej z tym dużo, więcej i więcej. Po co nam dziesięć serc, skoro jedno wystarczy, byle prawdziwe.

Coś się stało dziwnego i ja się w tym zagubiłem. Widzę mgłę, a w niej skrępowane postaci. Ludzie dzisiaj sami robią sobie zdjęcia. Tysiące, miliony zdjęć swojej własnej twarzy.
Jakbyśmy nie byli pewni czy to my, czy nie my. Ciekawe zjawisko. Jeszcze ciekawsze jest to, że te zdjęcia tworzymy telefonem. Nie będę zdziwiony, jak za 20 lat będziemy uprawiać seks przy pomocy zegarka.

Innym ciekawym zjawiskiem jest ogólnoświatowe tsunami uśmiechów, serduszek, rączek,
obrazków i innych świecidełek. Trochę jak na bazarze w Marakeszu.

To ciekawe czasy. Czy szczęśliwe? Szczęśliwe te strony historii, które są puste, jak to zgrabnie ujął Hegel. Czy nasz czas to puste strony?

Nie wiem. Dziś przemawiam w imieniu twórców, którzy po kilku latach publikowania w sieci zamykają konta, bo w cieniu treści banalnych i kultury prostych bodźców, umiera ich chęć do dalszej walki o choć kilka cichych braw, gdzieś z ciemnego kąta dzisiejszego pędu. Nie zgadzam się ze światem, który odbiera nam ciągłość twórczości tych artystów. Jestem więc protestem, a mój krzyk to tępy nóż, który w moich wizjach rozcina owy gorset wzdłuż jego przyziemnych pobudek. Szkoda jednak, że nikt mnie nie usłyszy. Ale to już inna sprawa.

Ten sam świat stawia mnie często przed dylematem, czy napisać wiersz tak zawiły, jak w danym momencie czuję i pragnę z siebie wylać, czy może jednak użyć prostszych słów, które poruszą więcej osób i stworzyć tylko krótki wpis, który rozejdzie się po internecie, jak ciepłe bułki z krakowskich piekarni. No, a biorąc pod uwagę, że jestem tylko zwykłym #polishboy –  w poszukiwaniu złotego środka wciąż upadam na różne strony tej cienkiej, czerwonej linii.

Moglibyśmy się przecież oszukiwać, że nie zależy nam na “lajkach” i przeróżnych formach akceptacji innych.

No, moglibyśmy. Ale po co?

Autor: Michał Kellen 

5.00 avg. rating (99% score) - 5 votes

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Comment *






shares